piątek, 10 kwietnia 2009

Sara

Sarę, pierwszy raz zobaczyłem na korytarzu Urzędu Wojewódzkiego. Niosła pod pachą akta, idąc patrzyła przed siebie, nie zauważając nikogo skupiona na zadaniu do wykonania. Włosy spięte w kok, na twarzy skromny makijaż ograniczony do pomadki na wargach w cielistym kolorze. Ubrana w dopasowany popielaty żakiecik i takim kolorze buty na niskim obcasie. Jakże inaczej prezentowała się na tle innych kobiet w szpilkach i krzykliwych kolorowych ubraniach, farbowanych włosach, jaskrawo umalowanych paznokciach. Nie widziała mnie, a ja patrzyłem na nią urzeczony. Te oczy, tak te oczy spowodowały, że utkwiła mi w pamięci. Chciałem podejść i zagadnąć ale ujrzałem na palcu obrączkę i zrezygnowałem. Nie sądziłem wtedy, iż ta drobna kobieta tak mocno zaważy na moim życiu.
Rok później, otrzymałem pracę w tymże Urzędzie Wojewódzkim. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, iż kobieta która miała mnie wprowadzić w obowiązki, jest tą sama którą widziałem rok wcześniej. Okazało się, że będziemy razem pracować w sąsiednich gabinetach. Przedstawiono nas sobie. Miała wtedy rozpuszczone włosy, sięgające pasa, błyszczące ciemno piwne oczy i tylko szminkę na wargach, beżowa bluzkę i spodnie. Poznałem jej imię – Sara. Jak na polskie warunki, rzadkie i oryginalne. Poczułem do niej sympatię, kompetentna, miła. To co jednak najbardziej mnie w niej pociągało to nutka melancholii w dużych brązowych, sarnich oczach, niezmierzony smutek przykrywany słabym zdawkowym uśmiechem wąskich, a mimo to zmysłowych warg. Sprawiała wrażenie słabej i kruchej, aczkolwiek taką nie była. Wzbudziła we mnie instynkt opiekuńczy. Zapragnąłem ją chronić przed całym złem tego świata, lecz nie potrafiłem a nawet stałem się przyczyną jej cierpienia.
Po pół roku wiedziałem, iż zakochałem się w niej jak sztubak, śniłem o niej, układałem w marzeniach życie z nią, pragnąłem przy niej się zestarzeć. Dla mnie była najwspanialszą istotą na świecie. Banał. Mnie, silnego mężczyznę w wieku 35 lat spotkało coś, co myślałem, iż nigdy nie doświadczę. Jak nie masz problemów, to zakochaj się. Kupowałem i wręczałem jej kwiaty pod byle pretekstem. Czasem przyjmowała je, czasem nie. Zawsze jednak widziałem te iskierkę radości, chwilowego zapomnienia o czymś strasznym. Gdy pewnego razu dałem jej drobny prezent zamiast róży, zobaczyłem na jej twarzy grymas niepokoju, cień strachu. Zaproponowałem pójście do restauracji, kina. Odmówiła lecz często razem jedliśmy w przerwach pracy. Dużo rozmawialiśmy, opowiadała bardzo wiele o swoim życiu. Stałem się jej powiernikiem. Któregoś dnia wybrałem u jubilera pierścionek z kamieniem o błękitnej barwie, ten kolor zawsze bardzo lubiła. Po pracy zajrzałem do jej biura i oświadczyłem się. Nie przeszkadzało mi, iż miała kiedyś dwóch mężów, a teraz żyje w nieformalnym związku i jest starsza ode mnie. Wiedziałem, że nie jest szczęśliwa z konkubentem. Pokręciła głową w geście znanym wszystkim, którzy choć raz dostali kosza. Idiota ze mnie, nie ma co. Czułem się urażony. Do tej pory miałem wrażenie, iż mnie lubi, a może coś więcej. Pogodziłem się z tym jednak. Szanowałem i lubiłem ją dalej, pomimo zawodu którego doświadczyłem. Czasem okazywałem sympatię, tak jak koleżance z pracy, drobne uprzejmości, pomoc gdy upadł szalik, lub nawalił jej komputer itp. Coś się jednak zaczęło psuć, zaczęła mnie unikać. A ja nie dążyłem do ocieplenia kontaktów. zostawiłem sprawy swojemu biegowi. Pewnego dnia zrobiła mi scenę, czyniła wyrzuty jak ją traktuję. Powiedziała, że nie może w takich warunkach pracować i odchodzi z pracy. Czułem się winny, przeprosiłem sam nie wiem za co. Powiedziałem, że nie musi się zwalniać, ja odejdę. Powinienem wtedy rzucić wszystko na jedną kartę, jeszcze raz się oświadczyć, nie zrobiłem tego. Jedno nie wystarczyło mi. Odszedłem z pracy i przeszedłem do Ministerstwa wykorzystując wpływowych przyjaciół. Poznałem Kasię, polubiłem ją, nie kochałem jej jednak . Przy ołtarzu, gdy mówiłem tak, zamiast Kasi, widziałem stojącą obok mnie Sarę. Gdy urodziło nam się dziecko, dałem córce na imię Sara. Możliwe, że żona coś przeczuwała, ale nigdy nie dałem jej powodu do niezadowolenia, czy zazdrości. Moją miłość przelałem na maleńką Sarę. Dla Katarzyny miałem tylko przywiązanie. Gdy zginęła w wypadku samochodowym, nie odczuwałem zbytnich emocji, tylko trochę smutku, znajomi podziwiali moje opanowanie i żelazną wolę , żałowałem tylko, że Sara w wieku lat czterech straciła matkę,
Rok póżniej, dotarła do mnie wieść o śmierci Sary,. Długo cierpiałem na depresję. Wykorzystując kontakty służbowe zapoznałem się z aktami sprawy, została zabita przez konkubenta, wypił za dużo piwa i pobił ją ze skutkiem śmiertelnym. Zmarła w szpitalu nie odzyskując przytomności. Gdy zapanowałem nad swoim żalem poszedłem do celi mordercy. Otrzymał 15 lat wyroku, za dobre sprawowanie ma szansę wyjść dużo wcześniej. Stał obrócony do okna w rozkroku, ręce opierał o framugę okna. Poleciłem, by odwrócił się. Był moim przeciwieństwem, zarówno fizycznym jak i psychicznym, widać było, że jest zagorzałym miłośnikiem piwa,. Staliśmy naprzeciwko siebie w milczeniu. Był niższy niż ja, może metr siedemdziesiąt wzrostu, osiemdziesiąt kilogramów masy ciała, szpakowaty, kiedyś kruczy brunet. Gdy ostatni raz widziałem Sarę, ważyła czterdzieści siedem kilo. Oczami wyobrazni widziałem jak ją katuje. Nie wiedział kim jestem, nigdy się tego nie dowiedział. Dla niego zawsze zostałem facetem w stalowo szarym wełnianym płaszczu. Wzrok utkwił w podłodze. Czułem potworny ból, odrazę i chęć zemsty. Na zdjęciach zrobionych przez policję utrwalone zostało zmasakrowane ciało Sary. Twarz zniekształcona nie do poznania, długie włosy sklejone krwią. Wyczuł moją nienawiść, zobaczyłem jego lęk. Za pieniądze wszystko się załatwi. W dniu wyjścia z więzienia został pobity na ulicy. Leży do dziś sparaliżowany i niemy, sam w pustym pokoju bez telewizora, czy radia. Co roku, w dniu śmierci Sary otrzymuje kartkę pocztową na której jest napisane jedno zdanie – „Za Sarę”. Kiedyś odwiedziłem go. Usiadłem na skraju szpitalnego łóżka. Patrzyłem na niego, a on zrozumiał gdy wyciągnąłem szarą kopertę i zacząłem pokazywać mu odbitki zdjęć zmasakrowanej Sary. Powiedziałem szeptem :
– Twoja śmierć, to za słaba kara.
Zobaczyłem w jego oczach cień emocji, straszliwego cierpienia.
– Postaram się, żebyś żył jak najdłużej – dodałem. Strach, jakże był przerażony, bezradny i przerażony. Czułem w sobie satysfakcję i żal, bo nic nie zwróci mi Sary.

Na pogrzebie Sary poznałem jej byłych mężów, poza nami nie było dużo ludzi. Piękny letni, ciepły dzień. doskonały na ślub, urodziny, i widać tak samo dobry na śmierć i pogrzeb. Kupiłem jej róże, tysiące czerwonych róż ułożonych w dziesiątkach bukietów, które złożono na grobie. Żałobnicy patrzyli zdziwieni, rozmawiali między sobą dopytując się skąd tyle drogich kwiatów. Gdy wszyscy odeszli ja jeszcze zostałem, odesłałem mego szofera i ochroniarza do samochodu i usiadłem na płycie marmurowej krypty i patrzyłem jak grabarze sypią ziemię. Jeden z nich poprosił mnie abym odszedł. Skinieniem dłoni kazałem mu zostawić mnie w spokoju, dopiero wtedy mogłem płakać, bezgłośnie. Co roku w dniu jej śmierci składam na grobie bukiet czterdziestu czerwonych róż, jedna na każdy rok jej krótkiego życia. Kładę u stóp rzeźby będącej odzwierciedleniem zmarłej, na grobie który kazałem wznieść z czarnego marmuru. Żyję z poczuciem winy która straszliwie ciąży. Oddałbym wszystko aby to co się zdarzyło złego, nie stało się nigdy. Mam wrażenie, że mogłem temu zapobiec, lecz nie zrobiłem tego.

Stoję na moście Piastowskim i patrzę na brunatne wody Odry, leniwie toczące się pode mną. Jest chłodno, wełniany płaszcz słabo radzi sobie z podmuchami wiatru. Jestem już stary. Obok mnie stoi moja córka, trzyma mnie pod rękę, jest piękną kobietą nic nie ma jednak po swojej matce. Jest wierną kopią mojej Sary. Bardzo ją kocham i tylko ona jeszcze trzyma mnie przy życiu. Gdy podnoszę wzrok znad wody widzę Urząd Wojewódzki i okno gabinetu gdzie kiedyś pracowała Sara. Choć minęło tyle lat, wciąż widzę jej podłużną twarz o wystających kościach policzkowych, mocno sklepione łuki brwi, ciemne oczy o smutnym wejrzeniu, długie rozpuszczone brązowe włosy jaśniejące na końcach. Drobna, krucha istota która mnie zniewoliła. Gdy nadejdzie mój czas, będę umierał szczęśliwy, albowiem kochałem i nic mi smaku tego uczucia nie odbierze albowiem umrze wraz ze mną.

unimatryca2009

środa, 8 kwietnia 2009

Cierń i dziewczyna

Cierń opadał na Samotność, typową planetę klasy M wraz z dziesiątkami takich jak on Kriegów, maszyn bojowych. Czuł siłę i potęgę, a także dumę z bycia częścią wielkiej formacji Imperium. Niespodziewanie dla najeźdźców broń Federacji chroniąca ten system, nazywana Nanokri, uaktywniła się. Cydroidy trawione niewiększymi od wirusów drobinami rozpadały się w atmosferze planety.
Nosiciel Imperium ewakuował się z systemu strzeżonego przez nanodestruktory, zostawiając na pastwę losu dziesiątki rozproszonych Kriegów. Cierń gasnącym wzrokiem widział, jak ogromny statek, otoczony migoczącym obłokiem Nanokri penetrującym jego pole siłowe, wszedł w nadprzestrzeń nie bacząc, że jest zbyt blisko studni grawitacyjnej planety.
Cierń wyłączył swoją świadomość, będąc pewnym, iż to już koniec, czuł, jak Nanokri po wyłączeniu jego pola ochronnego zżerać zaczęła zewnętrzny pancerz. Jednak przeżył. Nanokri z jakiegoś sobie tylko znanego powodu porzuciła go, bezwładnie opadającego w gęstsze warstwy atmosfery planety. Cierń został ostrzeżony przez implant diagnostyczny o poważnym uszkodzeniu pancerza, zniszczeniu napędu dryfowego i prawie całego uzbrojenia. Ocalał nadajnik średniego zasięgu, odbiornik zaś ział stopionym kraterem na wybrzuszeniu korpusu. Został jeszcze pojedynczy ładunek plazmy. Miał sprawne trzy kończyny nośne i dwa manipulatory zdatne do użytku w ograniczonym zakresie. Z czwartej kończyny zwisał tylko poczerniały kikut. Dwa dalsze manipulatory zniszczone, tylko ułomki sterczały z łożysk barkowych.
Cierń wygramolił się niezgrabnie z leja. Niczym pokieraszowany krab udał się na wzgórze, w którego zbocze się wrył.
Wyłączył szalejące wskaźniki krytycznego zasobu energii i system diagnostyczny. I bez niego wiedział, że jest w fatalnym stanie. Czujniki wykazały obecność w pobliżu trzech innych Kriegów. Martwych. Cierń wpasował się między bloki skalne, ustabilizował swą pozycję i znieruchomiał. Energii miał niewiele. Generator zbyt mocno ucierpiał, by mógł dostarczyć standardową moc. Właściwie mógł się podładować do znośnego stanu, ale to wymagało wielu lat odłączenia i uśpienia.
Cierń rozejrzał się. Za sobą miał porośnięte rzadkim, młodym lasem iglastym łagodne zbocze. Nie widział traw. Ten świat nie znał trawy. Lokalne słońce zachodziło. W oddali unosiła się w powietrzu para latających stworzeń, miały ogromną rozpiętość skrzydeł. Cierń wyłączył się. Gdy nabierze dość mocy, sensor zbudzi go. Zapadł w niebyt i nagle wrócił do rzeczywistości. W tym czasie Samotność zdążyła zatoczyć wokół swego słońca kilkaset pełnych obrotów. Dla Ciernia było to jak kliknięcie irysowymi przesłonami obiektywów. Pogodny poranek. Unosiły się nad nim korony potężnych drzew. Wokół śnieg przykrywał wzgórze i równinę.
Cierń wstał, a lód i śnieg opadał z niego niewielką lawiną. Parę małych drzewek zapuściło korzenie w wyrwach jego pancerza. Wiatr zdołał przez lata nawiać dość pyłu i ziemi, aby znalazły tam dogodne dla siebie warunki. Teraz legły u ostro zakończonych kończyn Kriega. Ten ruszył w stronę swych martwych towarzyszy.
Minęło dużo czasu nim ściągnął ich zewłoki na wzgórze, które obrał za swą siedzibę. Nie wiedział, dlaczego to robi. Po co właściwie ustawia martwych towarzyszy wokół siebie? Może nie chciał być sam przez najbliższe tysiąclecia. Nie miał możliwości wezwać pomocy. Mógł tylko czekać, licząc, że Imperium nie zapomni o nim. Wierzył, że przybędzie kiedyś po niego statek. Teraz będzie czekać. Jest cierpliwy. Czasu ma wiele.
Przeniesienie trucheł pochłonęło wiele energii. Ledwo jej starczyło, aby mógł powrócić do swej szczeliny między blokami. Tam czuł się bezpiecznie. Patrząc na zmrożony świat, stwierdził, że Samotność ma swój urok. Gdy ponownie się uaktywnił, stwierdził, że to nie sensor stanu energii go zbudził tylko pasywny czujnik ruchu reagujący na czyjaś obecność. Tam, gdzie jego opancerzona stopa stykała się z kamienistą ziemią wzgórza, leżała dziewczyna, w porównaniu z Cierniem mała niczym chrząszcz. Spała.
Krieg poczuł zdziwienie, nie dlatego, że na tym świecie były istoty z gatunku z którego i on pochodził gdy jeszcze był biologiczną istotą, wszak pierwsze Imperium rozsiało ich prawie po całej Galaktyce, lecz tym, że ta istota nie bała się go. Dziewczyna spała przytulona plecami do kolca jego kończyny, na wpół zwinięta w kłębek. Miała na sobie grubą odzież z włókien roślinnych.
Kriega opanowały wspomnienia z czasów, gdy był istotą niewiele się od niej różniącą. Odegnał je. Zadawał sobie pytanie, skąd ona jest, jak daleko jest jej rodzinna osada. Technika wykonania jej szaty wskazywała na dość niski poziom zaawansowania lokalnej społeczności. Słońce zaczynało mocniej przypiekać. To już było południe, letni bezwietrzny i bezchmurny dzień.
Cierń, najdelikatniej i najciszej jak potrafił, wyciągnął przed siebie przedni manipulator i trzymał nad dziewczyną. Cień gigantycznej mechanicznej ręki padał na nią, chroniąc przed spiekotą. Gdy zbudziła się, krzyknęła trwożliwie i w pierwszej chwili próbowała uciec przed zawieszoną nad nią kończyną. Po chwili spostrzegła, iż nic jej nie grozi. Na jej twarzy rysowało się zdziwienie. Cierń słyszał, jak mówi szybko w nieznanym mu języku. Po chwili już biegała przed nim i krzyczała nie ze strachu, lecz z radości.
Stanęła i zamilkła, gdy przywrócił ramię do pierwotnej pozycji. Przestała się go bać i to cieszyło Ciernia. Od tej chwili stała się częstym gościem. Przychodziła zawsze sama, czasami rozpalała ognisko, śpiewała i bawiła się przy nim, tańczyła, oddawała mu pokłony. Czciła go. Cierń nie potrafił jej wytłumaczyć, że nie jest żadnym bogiem.
Po pewnym czasie stwierdził, że polubił jej towarzystwo. Wiedział, że powinien całkowicie się wyłączyć, i czekać na pomoc. Jednak nie potrafił pozbawić siebie tej jedynej rozrywki, jaką stały się odwiedziny brązowowłosej dziewczyny o zielonych oczach. Pewnego razu dostrzegł, iż za dziewczyną przyszli inni przedstawiciele jej gatunku.
Przybysze kryli się za drzewami i blokami skalnymi, Cierń widział ich lęk i słyszał trwożliwe i pełne nienawiści szepty. Nie rozumiał słów, lecz rozumiał ich emocjonalne tło. Głosy były złe i przestraszone. Wzgórze, on sam i jego martwi towarzysze przejmowali ich strachem. Mając bagaż wiedzy o różnych gatunkach, wiedział, iż to może się źle skończyć dla tej młodej niewinnej istoty, bawiącej się przy nim.
Kto wie, może uznają ją za opętaną? Zapewne śledzili ją, chcąc wiedzieć, gdzie to tak często znika na wiele godzin.
Nastał wieczór. Dziewczyna odeszła nie zauważając śledzących ją ludzi. Krieg z niepokojem czekał na następny dzień. Nie przyszła. Minęło kilka następnych dni. Nie pojawiła się.
Cierń dokonał bieżącej diagnozy swych podzespołów. Nie pogorszyło się. Energii miał dość, aby pozwolić sobie na niewielki spacer. Włączył lokalizator. Wykrył w niewielkiej odległości od wzgórza spore skupisko masy organicznej zgodnej z tkanką dziewczyny. Wstał i powoli zmierzał w jej stronę. Poruszanie się nie było łatwe jednak cierpliwie dążył do celu. Sensory akustyczne wychwyciły wiele podnieconych głosów męskich i żeńskich, sporo także dziecięcych, dobiegające z osady.
Słyszał też głos dziewczyny, która przychodziła do niego, słaby i pełen boleści. Przyśpieszył kroku. Ci ludzie krzywdzili ją. Zobaczył drewniane budynki osady, podążył ku jej centrum, gdzie cisnął się tłum. Na środku placu stał krzyż obłożony gałęziami i chrustem, gotowy to podpalenia. Przy stosie stał ubrany w długą, czarną szatę stary mężczyzna, trzymający w ręku pochodnię. Krzyczał złowrogim głosem i pokazywał na ukrzyżowaną. Zebrani nie dostrzegli jeszcze zbliżającego się Kriega, zbyt byli podnieceni egzekucją.
Cierń poczuł złość i żal. Zaczął miażdżyć nędzne chatki. Gdy stanął nad tłumem przy krzyżu, kapłan gruchotał kolana dziewczynie, która przez łzy patrzyła na nadchodzącego Ciernia. W jej gasnącym wzroku widział pytanie – Za co?
Po czym umarła. Na odartym z ubrania ciele widniały ślady tortur, przypalania, ręce miała pozbawione skóry. Krew i osocze spływały na jej stóp przybite do krzyża. Krieg delikatnym ruchem manipulatora zabrał ją z krzyża. Gwoździe chwilę stawiały opór, lecz puściły. Kapłan oszalałym wzrokiem patrzył na monstrum zabierające jego ofiarę. Krzyczał i groził, nie bacząc, jak mizernym jest wobec maszyny bojowej Imperium. Zapewne nie spodziewał się ujrzeć takiego boga. Cierń nogą rozgniótł go jak muchę. Odczuwał nienawiść do tego tłumu uciekającego w popłochu. Przytulił do siebie umęczone ciało dziewczyny. Miał w sobie ogromny żal. Uaktywnił ostatni ładunek plazmy, jaki mu pozostał.
Cała osada wraz mieszkańcami wyparowała w nanosekundzie, jednak Cierń nie poczuł ulgi, zrozumiał, że to było bezsensowne i niepotrzebne. Energii ledwo mu wystarczyło, aby wrócić na swoje wzgórze. Przez kilka dni trzymał w dłoniach martwą dziewczynę. Wreszcie spopielił ją, a prochy zagrzebał tam, gdzie pierwszy raz ją zobaczył. Po czym znieruchomiał między głazami i wyłączył się. Tracąc świadomość, widział brązowowłosą istotę o zielonych oczach śpiewającą przy jego osadzonych mocno w grunt kończynach.


unimatryca2009

MANDALA

Chcesz odpocząć od zgiełku świata?

Masz dość szefa, kłótliwej żony, krzyczących bachorów?
Nienawidzisz życia, jakie dotąd wiodłeś?
Przybądź, na Mandalę!
Będziesz, kim zechcesz!
Bohaterem! Potężnym lwem!
Będziesz kimkolwiek lub czymkolwiek chcesz być!
Gwarantowane usługi na najwyższym poziomie!

Folder, który trzymasz w ręku lub cokolwiek tam masz za kończynę, upoważnia cię do zakupu ulgowego biletu na liniach INTERGALAX.

Pamiętaj czeka na ciebie wszechogarniająca miłość jedynego prawdziwego Boga.
Za cenę, na którą cię stać!
Nie zwlekaj, ilość miejsc ograniczona!





Przez otwarty ekran portera, wyłonił się w bezpośrednim sąsiedztwie planety Mandala, w systemie Gestalt statek dowodzenia Imperium w asyście roju sond szperaczy. Za nim wyłoniły się statki zdziesiątkowanej IX floty. Dowodzący Earl Dorn został obudzony ze stanu stazy. Czuł ból w każdej cząstce ciała humanoida, jaka mu jeszcze została. Wkroczył na mostek dowodzenia, usiadł na tronie i wszedł w datasferę statku, używając łącza bezpośredniego. SI statku udostępniła wszystkie dane, jakie zażądał. Teraz postrzegał przestrzeń systemu Gestalt, sensorami floty. Ze smutkiem stwierdził, w jakim tragicznym stanie jest teraz potężna niegdyś flota.
Tylko pięć statków zdołał wyprowadzić z bitwy wokół XII garnizonu Imperium. Trzydzieści innych statków uległo zniszczeniu, w tym najnowszej generacji niszczyciel „Weltoten”. Zostały mu tylko ten statek dowodzenia, na którym przebywa, stary krążownik, dwa nosiciele myśliwców i stawiacz min. SI poszczególnych okrętów przystąpiły już do uzupełniania ubytków i napraw. Krążownik Donner wszedł w obłok kometarny systemu, Gestalt, gdzie miał swobodny dostęp do minerałów i wody z kometarnych głów. Teraz jego montownie i macierze zaczną przetwarzać to na potrzebne mu komponenty. Dorn wyszedł z datasfery, lecz drobna część jego świadomości zawsze tam pozostawała. SI to wspaniały twór, lecz decyzję ostateczną, tylko sam mógł podjąć. Dorn wstał z tronu. Mostek dowodzenia wyglądał jak wąski korytarz z licznymi wnękami z kokonami ochronnymi, w których tkwiły końcówki łączy sterowniczych, nakierowanych na Dorna, by odbierać każde jego polecenie, także terminale łączności i sterowania ręcznego w razie konieczności, zasobniki z zapasowymi SI statku dowodzenia, a w najbezpieczniejszym kokonie z pól siłowych tkwił duplikat świadomości Dorna.
Earl skanował i analizował dane o systemie Gestalt i samej Mandali. Pamiętał ten układ. Gdy jeszcze był dużo młodszy i nie miał tylu implantów, co teraz, przybył tu na pokładzie niszczyciela Kolkrabe jako podoficer. Miał wtedy przyjaciela. Kiedy to było, to nieistotne. Dla przedstawicieli jego gatunku minęły dwa tysiące lat standartowych. Dla Imperium i jego galaktycznych flot, to drobny ułamek czasu.
Na wielu planetach zdążyły wtedy narodzić się i upaść cywilizacje. Jakże wiele ze światów nawet nie przypuszcza, iż egzystują w tętniącej życiem galaktyce. Dorn widział sensorem statku Mandalę, jako zielonkawo niebieską kulę zawieszoną na czarnym, atłasowym kobiercu z rzadka nakrapianym błyszczącymi punkcikami odległych gwiazd.
Na Mandali panował teraz łagodny, ciepły klimat, stworzony przez kolonistów w czasach pierwszego Imperium galaktycznego. Dane o pierwotnych parametrach i mieszkańcach planety nie zachowały się. Nawet centralne archiwum na Sacriversum nie miało tych danych, a posiadało informacje o wszystkich nawet najmniejszych ciałach niebieskich, jakie kiedykolwiek zostały zbadane prze sondy i próbniki Imperium.
Dorn natrafił kiedyś na informacje o Mandali, wśród kręgu doradców imperatora Haderiana IV. Jeden z nich wywodził się z linii Anexel, wielokrotnie klonowanej istoty z gatunku Ameise. Każdy następny klon, którego umysł był niczym czysta karta, stawał się nosicielem świadomości swego poprzednika.
Ta istota, Ameise wiele czasu spędzała na Mandali. Kiedy przybyła tam pierwszy raz, nikt tak naprawdę nie wiedział. Dorn opuścił mostek dowodzenia i przeniósł się do komór ładowni,gdzie spoczywał sprzęt potrzebny przy eksploracji planet i platformy montażowe zdolne zmontować każdy twór, jaki chciał zamówić dowodzący statkiem. Dorn zażyczył sobie gotowy model cydroida, którego wiele razy wykorzystywał do samotnych rekonesansów. Bojowy cydroid został zmodyfikowany do jego potrzeb, sieć neuronowa została tak przetworzona by mogła pomieścić umysł Dorna. W razie zniszczenia cydroida świadomość w nim zawarta cofała się do datasfery, z którą utrzymywała ciągły kontakt. Dorn w ciele cydroida opadał ku planecie, pola siłowe chroniły go przed tarciem o jej atmosferę.
Mógł użyć przekażnika materii, ale wybrał stary sposób, nie z przyczyn praktycznych a z sentymentu. Minął orbitalny kompleks rozrywkowy, teraz pusty z powodu konfliktu Imperium ze Stowarzyszeniem i zjednoczoną z nim chwilowo Federacją.
Dorn opadał ku planecie w kuli zjonizowanego gazu powstałego z cząstek atmosfery zderzającej się z jego osłoną. Zmierzał na spotkanie pełen obaw, co ono przyniesie. Dryfy wyhamowały tuż przy powierzchni planety. Wzniósł się tuman pyłu. Pola ochronne zostały wyłączone. Cydroid stanął pewnie na twardym gruncie, który spękał pod jego ciężarem.
Masa olbrzymiego cielska wymuszała pewną powolność ruchów. System autodiagnozy zgłosił pełną sprawność i gotowość do działania. Teraz mógł zmierzyć się z Mandalą. Dorn ustawił sensory cydroida na humanoidalny zakres zmysłów, teraz postrzegał otoczenie jak istota, którą kiedyś był. Stał na skrzyżowaniu dróg. Jak okiem sięgnąć widział same krzyżujące się drogi, od szerokich jak starodawne autostrady aż po całkiem małe, kręte i wąskie jak ścieżki. Dorn spojrzał pod nogi, wokół stóp utworzyły się siatki spękań, materiał, z którego składała się szosa nie wytrzymywał jego ciężaru. Ustawił pole nośne tak, by móc naciskać na podłoże nie niszcząc go.
Dorn dostrzegł niewielkie zmiany w polu widzenia. Fragment otoczenia zafalował, zamigotał potem całe otoczenia zaczęło się przekształcać, drogi zaczęły się wybrzuszać i pękać, od spodu wyrastały najpierw niewielkie rośliny, które przeobraziły się w drzewa pnące ku niebu. Dorn patrzył w niebo, jasnobłękitne przetykane białymi pasmami chmur.
Wysoko ponad chmurami, unosił się dostojnie drapieżny ptak. Cydroid rozłożył szeroko trzy pary rąk, wysuwał ostrza z pochewek na końcach palców, niczym kot pazury. Po chwili dwie pary ramion złożyły się, ostatnia najmniejsza, przeznaczona do delikatnych manualnych prac, drgała w znanym tylko Dornowi rytmie. Gdy ujrzał wyrosły u stóp kwiat, nachylił się nad nim.
Wracały wspomnienia, o których sądził, że zaginęły w przeszłości. Cydroid drgnął, czujniki wykryły nowy element. Niedaleko niego, w powietrzu formował się twór. Gdy wir zniknął, na jego miejscu stała kobieta w zielonym sari obrąbionej złotą lamówką,miała twarz o ciemnej karnacji, pełne czerwone wargi i czarne, długie włosy splecione w warkocz.. Jej ciemno zielone oczy patrzyły na niego. Sensory Dorna przekazywały wciąż nowe dane o jej budowie, lecz nie zważał na nie. Widział przed sobą, doskonale piękną dojrzałą kobietę. Jej ciało unosiło się nad ziemią a stopy muskały trawę.
- Witaj. Przybyszu – przerwała milczenie, lecz jej głosy nie słyszał dzięki sensorom. Rozbrzmiewał bezpośrednio w świadomości Earla Dorna.
- Bądź pozdrowiona Mandalo – Dorn użył syntezytera głosu. Mandala stanęła przy nim, wyciągnęła ku niemu dłoń. Cydroid drgnął, jego autonomiczny system chciał cofnąć maszynę krok wstecz. Dorn anulował polecenie i przejął pełną kontrolę nad ciałem. Kobieta wodziła dłonią po pancerzu twardszym od diamentu, muskała palcami po wypukłościach, kryjących bronie ofensywne zdolne rozpętać piekło.
Dorn czuł, jak jej świadomość przenika go na wskroś, przed jej mocą nie było ucieczki, lecz za mało w nim było z pierwotnej istoty by mogła przejąć na nim kontrolę wbrew jego woli. Mandala wchodziła w umysł przybysza, który nie próbował na razie, bronić jej dostępu. Jedyne, co zrobił to zablokował dostęp do niektórych danych strategicznych Imperium i kodów autodestrukcji floty Dorna.
Mandala wchłaniała wiedzę i świadomość tej zagadkowej istoty, której drobną manifestację miała przed sobą, zaskakujące połączenie siły i delikatności. Miała w sobie kopię umysłu Dorna z czasów jego pierwszego pobytu, porównała ją z tym, co udostępnił jej teraz. Poza nowymi bitwami i ćwiczeniami nic się nie zmieniło. Czuła do niego sympatię, może, dlatego, iż dogłębnie go poznała, całą przeszłość. Wzruszyły ją zwłaszcza wspomnienia z dzieciństwa, a szczególnie uczucie, jakie żywił do swej siostry.
Dorn śledził poczynania Mandali, gdy sięgnęła do jego wspomnień dotyczących siostry poczuł smutek i radość zarazem. Znów miał przed oczami obrazy, które głęboko w swej świadomości pogrzebał.
Nie miał najmniejszej ochoty na wyjazd z rodzicami i siostrą do opery na starodawne przedstawienie. Wolałby zostać i przeglądać archiwa pamięciowe domowej SI, którą nazywał, Fimmel bo czasami zachowywała się jak niespełna rozumu. Nikomu nie powiedział o wybrykach SI, traktował to jak swoją małą słodką tajemnicę. Zauważył, iż tylko w jego obecności pozwala sobie na takie zachowanie. Stał przed lustrem, w ciasnym pijącym pod pachami smokingu. Był zły na siebie. Wyglądał jak dziwoląg. Drzwi do jego pokoju otworzyły się i z impetem wtargnęła do niego matka w ciemnozielonej balowej sukni. Poprawiła niedbałym ruchem swą misterną fryzurę o naturalnej brązowej barwie. Utkwiła w nim spojrzenie swych zielonych oczu.
- Moje dziecko! – westchnęła - Jesteś już prawie mężczyzną! Pośpiesz się! Ojciec już czeka – dokończyła.
Pionowzlot ojca uniósł się w niebo z płaskiego dachu ich domu. O przednią szybę uderzały leniwie krople deszczu. Hesmes Dorn wyłączył autopilota, lubił sam kierować pojazdem, zwłaszcza tym najnowszym nabytkiem. Earl bezmyślnie patrzył na przesuwające się w dole budowle i inne pojazdy tonące w nocy i deszczu. Drażnił go zapach nowych perfum siostry.
- Dla kogo się tak polałaś? – spytał z drwiną w głosie.
- Nie dla ciebie. Skrzacie!- odpowiedź była szybka i celna.
- Nie gniewaj się – przepraszał. – Ale ten smród jest zabójczy.
- To nie oddychaj!
Julia wyciągnęła srebrny wachlarz, podarunek od ojca i zaczęła się wachlować. Ojciec roześmiał się. Matka zaczęła ich strofować. Earl siedział ze skwaszoną mina i puszczał jej słowa mimo uszu. Gdy mama skończyła Julia nachyliła się do niego i szepnęła.
- Nie martw się. Opera szybko się skończy a po niej pojedziemy na gwiezdne lądowisko. To niespodzianka! Zobaczysz prawdziwy lądownik Imperium. Statek macierzysty jest za duży i niezdolny do wylądowania na planecie. Na przedstawieniu może zobaczymy delegację ze statku. Są dziwni, spodobają ci się. Przypominają maszyny.
Chłopiec rozpromienił się, lekko uśmiechając się patrzył jak pojazd kierowany pewną ręką ojca szykuje się do podejścia na parking przed gmachem opery. Wyznaczony dla nich sektor błyskał ostrą zielenią. Earl patrzył na idących jasno oświetlonymi ulicami ludzi i osobników innych ras, rozpoznał Derydianina, smukłego Optotrola. Nagły błysk oślepił go. Nic nie słyszał. Nim zapadł w oślepiającą ciemność poczuł potworny wstrząs. Później analizując zapisy służb ochrony dowiedział się, iż eksplodowały wtedy też generatory napędy kilku innych pojazdów zgromadzonych na parkingu i unoszących się jeszcze w powietrzu. Żar trawił poszycia pojazdów, szczątki rozrzucone w koło raniły i zabijały przypadkowych przechodniów i udających się na przedstawienie. Kilkusetletnie drzewa płonęły. Earl leżał przygnieciony fragmentem dymiącego podwozia pionowzlotu. Gdy wróciła mu świadomość, nie odczuwał bólu, miał kłopoty ze wzrokiem, krew zalewała ocalałe oko. Wkoło niego szalał ogień. Nie słyszał wycie syren i ryku silników pojazdów ratunkowych. Widział tylko szczątki czegoś, co było jego ojcem, a teraz przypominało zwęglony, parujący kłąb szmat. Poczuł zapach palących się tworzyw sztucznych i pieczonego mięsa i coś, co przypominało zepsutą kanalizację. Mdliło go. Nim ponownie stracił przytomność dostrzegł leżącą koło jego twarzy okrągławą bryłę szarej, uzwojonej masy. Mózg, zbryzgany krwią i osoczem, nie większy od dwóch zwiniętych pięści. To był mózg jego matki. Nim ponownie zapadł w niebyt pomyślał o Julii Ostatnie, co ujrzał to ogrom lądownika górujący nad gmachem opery. Zamach został urządzony przez ekstremistów, określających się jako Bojownicy o Wolność. Ojciec kiedyś opowiedział, Earlowi co myśli o nich, gdy ten ujrzał na jego biurku materiały z pracy dotyczące nacjonalistów.
- To fanatycy! Myślą, że wrócimy do czasów, kiedy wierzyliśmy, iż we wszechświecie jesteśmy samotni. Patrz w gwiazdy. Roi się od życia. Tam są siły toczące walki ze sobą. My siedzimy w samym sercu Imperium i mamy odwrócić się od tego! Ci wariaci przypominają mi mrówki kąsające falę za to, że zalała im mrowisko. Tylko, że za tą falą nadciąga ocean.
Ból wszechwładny i wszechogarniający przenikał go. Rosnący w miejscach cięć biorobotów i tępy, rozlany w miejscach gdzie ubytki uzupełniono implantami. Gdy Earl obudził się pierwszy raz po wypadku zemdlał, porażony obrazem ze źle dostrojonego implantu wzrokowego.
Za drugim razem widział już lepiej, ciało nadal jednak nie było mu posłuszne. Nie za wiele miał do oglądania w obcym pokoju: ściany, sufit i roboty medyczne o dziwnie ludzkim wyglądzie. Głos SI kliniki matczynym głosem uspokajał go i koił ból dawkami stymulantów. Słyszał delikatny szum maszyn ukrytych w ścianach i sporadyczne odgłosy nieznanego pochodzenia dobiegające z korytarza, a także szczęk mechanizmów łóżka sterowanego przez SI kliniki. Czasem zapadał w nieświadomość, czasem świadomy był mocnych uścisków robotów masujących, myjących go. Czasem widział we śnie siostrę i czuł żal. Jednak któregoś razu obudził się w własnym łóżku. Miał przed oczami na suficie znajomy obraz projektora. Otchłań kosmiczna i przemierzający ją ogromny statek kosmiczny. Przypomniał sobie wszystko, a nawet więcej niż chciał i łzy popłynęły mu z oczu. Jak na jedenaście lat standartowych trochę za wcześnie zaczął taniec ze śmiercią. Zresztą na to zawsze jest za wcześnie. Gdy się uspokoił wyłączył projektor. Wstał z łóżka. Implant pamięciowy przekazał dane do świadomości. Earl Dorn stanął sparaliżowany. Z niedowierzaniem patrzył na dłonie i ręce powstałe w komorach namnażania. Jednak emocje były mniejsze niż się spodziewał. To kwestia hormonów, a tym się już zajęto zapewnił mnemochip. Ubrał się i zszedł na parter. Teraz wiedział, iż to nowe ciało nie było dziełem specjalistów Eminsteru, ale techników Imperium. Nie wiedział jeszcze czy im dziękować, czy ich przeklinać. I czym będzie im musiał zapłacić. Gdy stanął w holu zaskoczyła go jasność otwierającego się portera, przez który wkroczył twór przypominający skrzyżowanie owada z maszyną. Teraz dla odmiany zrobiło się ciemno. Fimmel włączyła górne oświetlenie holu. Dorn dokładnie mógł obejrzeć gościa. Nie bał się. Dzieciństwo w nim umarło.
Stał przed nim oficer medyczny ze statku Imperium. Gerichtseel unosił się nad podłogą ledwo ją muskając. Wokół niego unosiła się woń nieznanych spieków i tworzyw, dominował jednak zapach ozonu. Unoszące go dryfy mruczały na granicy słyszalności. Dorn patrzył na przybysza kojarzącego mu się z mrówką i modliszką zarazem. Powierzchnia jego ciała mieniła się metalicznie, różnymi barwami w zależności od kąta padania światła.
- Współczuję ci – Dorn usłyszał bezpłciowy głos istoty.
- Dlaczego, uratowaliście mnie?- spytał Dorn patrząc na podłogę.
- Przecież wiesz.
- Proszę powiedz. Chcę to usłyszeć.
- Ratowaliśmy tych, którym mogliśmy pomóc. Czuliśmy się zobowiązani. Zamach był skierowany na nas, ale to wy ucierpieliście. Zamachowcy nie przewidzieli, iż lądownik jest odporny na tak mało inwazyjną broń. W jakiś sposób jesteśmy im nawet wdzięczni. Mieliśmy możność wykryć dwa wyjątkowe umysły, bardzo rzadko spotykanej dla nas przydatności. Choć potrafimy konfigurować i tworzyć najróżniejsze kombinacje połączeń neurosynaptycznych to musielibyśmy czekać miliony lat na taką kombinację jak twoja i Julii. Przeprowadziliśmy skan całej planety tylko ty i siostra jesteście dla nas przydatni. Tak naprawdę to tylko ty. Twoja siostra jest w stanie, na który nawet my nie potrafimy zaradzić. Po przejściu odpowiedniego szkolenia staniesz się jednym z nas.
Dorn bez emocji przyjął, to, co już wiedział dzięki implantowi. Czy się upodobnię do ciebie?- pomyślał. zawsze pragnąłem ruszyć w galaktykę, ale nie tak, nie tak miało być.
- Zrób coś dla mnie – poprosił.
- Tak!
- Zostaw mnie samego.
Po odejściu gościa, chłopiec położył się na kamiennej podłodze i zwinął w kłębek. Fimmel włączyła ogrzewanie podłogowe i wysłała do niego pokojówkę. Ta okryła go kocem i zaczęła opowiadać bajkę.
Gdy doszedł do siebie poprosił Fimmel, by powiedziała gdzie jest siostra. Po czym udał się tam. Bioroboty o niewielkiej autonomii wyglądające jak nianie w białych fartuszkach i niebieskich bluzeczkach sterowane przez Fimmel zajęte były kapaniem nieprzytomnej Julii w basenie. Kiedyś, gdy był mniejszy sądził, że są prawdziwymi kobietami, lecz Fimmel wyprowadziła go z błędu. Chociaż tak bardzo się nie różniły. Cztery rozebrane nianie myły Julię w basenie. Jej długie jasnoblond włosy falowały na wodzie. Wąż respiratora wystawał jej z ust. Nianie masowały jej ciało wprawnymi ruchami. Bioroboty wyszły z wody i osuszyły siebie i Julię strumieniem gorącego powietrza. Są takie ludzkie- pomyślał patrząc jak wykonują rutynowe czynności. Julia została ułożona w polu generatora dostarczonego ze statku Imperium. Nie groziły już jej odleżyny, odparzenia. Została podłączona do zestawu monitorującego Fimmel. Drobne czyściciele zaczęły swą wędrówkę w poszukiwaniu łuszczącego się naskórka i kropel potu. Julia żyła dzięki maszynom, ich odłączenie spowoduje śmierć. Żyje, lecz nawet najdoskonalsza medycyna Imperium nie potrafiła przywrócić do poprzedniego stanu. Jest nieprzytomna, zawieszona między życiem a śmiercią. Fimmel kilkakrotnie już pytała czy odłączyć ją od urządzeń podtrzymujących życie. Dorn sprzeciwił się.
- Chcę by żyła – mówił do SI.
- Czy to jest życie? – ripostowała Fimmel – Ona nigdy się nie obudzi. Mózg wykazuje zerową aktywność. Jej ciało prawie wcale nie ucierpiało, umysł uciekł w niebyt.
- Gerichtseel twierdzi, iż jej świadomość trwa. Potrzebuje tylko czasu i motywacji. Masz jej nie odłączać, będziesz się nią opiekować. Czytaj na głos książki, które najbardziej lubiła.
- Dorn. Mój chłopcze, jesteś okrutny – powiedziała lekko zachrypniętym głosem matki Fimmel.
- Nie rób tego więcej! - krzyknął – Nie waż się używać tego głosu.
- Jesteś okrutny wobec mnie. Każesz tu zostać, a sam odchodzisz. Jak myślisz jak długo mogę na ciebie czekać? Ranisz moje uczucia. Z kim będę rozmawiać, przekomarzać się. Pamiętasz nasze igraszki, jak zabawiałam cię pod postacią niani. Odejdziesz i nie wrócisz.
- Wrócę, kiedyś wrócę z lekarstwem dla Julii.
- Gdybyście mnie oddawali do przeglądu, jak pisze w instrukcji, nie miałbyś problemu z maszyną z uczuciami. Takie zbędne funkcje wykasowano by i teraz nie cierpiałabym.
- Droga Fimmel. Ja wrócę. A myśl, że ktoś tu na mnie czeka pomoże przetrwać trudne chwile. Wrócę tu nie tylko ze względu na siostrę, ale i na ciebie. Jeśli zginę otrzymasz dalsze dyspozycje, co do postępowania z siostrą i majątkiem.
Gdy tak ze sobą rozmawiali, Julia unosiła się w polu regulującym jej funkcje życiowe. Na twarzy miała łagodny uśmiech.
Dorn patrzył w morze, fale przypływu powoli pochłaniały plażę. Woda podchodziła do jego stóp. Miał przed sobą decyzję swego życia. Zostać czy odlecieć wraz krążownikiem. Dam w górze czekają niezliczone światy do poznania. Jeśli przeżyje szkolenie, jeśli nie to jego kopie ruszą w przestrzeń. - Czy tego chcę? – pytał sam siebie. Tam gdzieś jest lekarstwo dla siostry. Jeśli zginę to cóż, i tak trzeba umrzeć. Wziął do ręki ciemnozielony kamyk, nakrapiany bordowymi plamkami i przetykany białymi smugami wapienia, czuł jego ciężar, gładkość. Włożył do kieszeni. Na pamiątkę.

- Co się potem stało? – spytała Mandala, ze smutkiem w głosie.
- Wróciłem po wielu latach. Szedłem do domu kamienistą plażą, dotykałem mokrych kamieni i deptałem stopami długie wici glonów. Szum morza uspokajał mnie. Przypominał o szczęśliwym dzieciństwie. Byłem już jednak kimś innym, bardziej przypominałem oficera medycznego Imperium niż istotę, którą byłem. Wróciło wspomnienie dziecięcego marzenia o byciu dowódcą gwiezdnego statku. Zrozumiałem jak bardzo było infantylne, naiwne i takie niewinne. Teraz miałem wiedzę zdobytą na polach bitew i implantowaną, przekonałem się jak niewiele lub wcale jest to związane z przyjemnością. Droga, którą obrałem unieszczęśliwiła mnie. Czasem żałowałem, iż nie zostałem na Eminsterze. Imperium mogło sobie wziąć kopię mego umysłu i mózgu. Pragnąłem zwyczajnego życia, od którego uciekłem. Jednak wiedziałem, że kiedyś przeklinałbym siebie, że nie skorzystałem z szansy, jaką dała Armia. Niszczyciel Traum, którego byłem dowódcą czekał na orbicie, gotowy zabrać mnie w każdej chwili. Towarzyszył mi tylko Sinn, unosił się za mną w powietrzu i podążał krok w krok. Kolczasty twór był większy ode mnie, igły absorberów i czujników drgały badawczo. Był inteligentnym dziełem jednej ze starych cywilizacji, która przeżyła eksterminacje z czasów pierwszego Imperium, dzięki bytności na odległych peryferii jednego z ramion spiralnych galaktyki. Tam Imperium nie dotarło. Ja tak. Szedłem wąską ścieżką w stronę domu, gdy stwierdziłem istnienie datasfery odmiennej od tej, którą zostawiłem. Fimmel już nie było. Na jej miejscu bytowała standardowa SI, którą wyłączyłem. Przejąłem jej dane. Fimmel jeszcze długo sprawnie funkcjonowała, jednak jej osobowość uległa rozpadowi. Autonomiczny system kontrolny zgłosił usterkę do serwisu. Wymieniono bloki jaźni, podzespoły pamięciowe i tak Fimmel umarła. Gdy znalazłem się w holu stwierdziłem brak zmian, wszystko było jak dawniej. Unosząc się na dryfach udałem się do siostry. Sinn brzęcząc niczym rój rozgniewanych os podążał za mną. Siostra spoczywała w stanie, w jakim ją zostawiłem. Generator pola wykazywał oznaki zużycia. Jeszcze parę lat standartowych i przestałby działać. Patrzyłem na istotę, którą kochałem, była ostatnim ogniwem łańcucha prowadzącego w przeszłość. Odwróciłem się, do Sinna. Ten przysunął się do pola, w którym spoczywała Julia. Rozłożył się na dwie połówki niczym skorupa małża. Wnętrze wyścielone było milionami bladoróżowych mikrowłókien, falowały oczekująco. Włożyłem do wnętrza Sinna Julię. Pamiętam do tej pory jej ciężar, dotyk jej ciała. Sinn przyjął ją, mikrowłókna wniknęły w jej ciało. Sinn będzie ją utrzymywał przy życiu całe tysiąclecia, aż obudzi się, jego rola polega na powolnym przywracaniu do istnienia. Potrzebuje tylko czasu. Patrzyłem na Sinna i wiedziałem, iż któregoś dnia obudzi się i ja będę o tym wiedział. Gdy tak się stanie Sinn obumrze, wcześniej jednak poinstruuje ją jak ma korzystać z jego zasobów pamięci i części. Gdy się obudzi nie będzie pozostawiona sama sobie. Opuściłem dom, umieściłem Sinna nad powierzchnią morza otoczonego polem maskującym. Gdy przyjdzie czas, uda się nad ląd wybierze miejsce i uwolni Julię. Gdy wchodziłem w ekran przekażnika ostatnie, co widziałem to dom nad wysokim brzegiem morza. Zaczął padać deszcz.
Mandala nie słuchała jego słów widziała i czuła nim samym.
Minęły setki lat. Cywilizacja upadła, orbitalne miasta uległy zagładzie. Miasta wymarły a ludność przetrzebiona głodem i chorobami zapomniała o przeszłości. Najnowszym krzykiem techniki były łuk i strzały. Sinn oszczędzał energię, nawet on nie sądził, iż tak długo to potrwa, nim poczuje oznaki nadchodzącego przebudzenia. Wyłączył pole maskujące i podążył nad ląd. Wybrał miejsce na leśnej polanie, w jego bezpośrednim sąsiedztwie założyło swą siedzibę plemię, klan składający się z kilkudziesięciu wynędzniałych osób od dzieci do starców. Oddawali cześć Sinnowi, od czasu jak spalił dwóch, którzy próbowali oderwać jeden z jego kolców absorbera. Dziwiło ich to, że tkwi na wysokość najwyższego członka plemienia w powietrzu niczym nie podtrzymywany. Uratował ich, gdy zostali napadnięci przez liczniejsze plemię paląc ich ogniem emitera mikrofal. Następne pokolenie nie bało się już jego, traktowali jego obecność jako coś oczywistego i niezmiennego. Któregoś dnia, gdy odbywała się orgia połączona z ucztą, w której uczestniczyło kilka innych zaprzyjaźnionych plemion Sinn opadł na powierzchnię polany, która stała się w międzyczasie centrum osady. Tańce i śpiewy ucichły. Sinn przemówił do nich w ich języku i otworzył się. Ze środka w blasku oślepiającego różowego światła wyszła kobieta. Rozłożyła szeroko ręce a lud oddał jej boską cześć. Choć Sinn umarł, to, co było w nim nieorganiczne służyło jej nadal.
- Jak to się skończyło? – Mandala spytała, mimo, że znała zakończenie.
- Dożyła późnej starości, miała wiele dzieci i wnuków. Zjednoczyła wiele plemion. Stałą się zalążkiem przyszłego odrodzenia. Umarła otoczona miłością swego ludu. Pragnę wierzyć, że była szczęśliwa.
- A ty, jesteś szczęśliwy?
Earl Dorn nie odpowiedział. Połączenie empatyczne zostało zerwane.
Mandala zmieniła otoczenie. Dorn unosił się w polu dryfowym nad lasem deszczowym, w dole srebrzyły się nici rzek, ogromne połacie dżungli skrywała mgła.
Mandala zaś wchłaniała obrazy gwiezdnych otchłani, bitew i rzezi, w jakich uczestniczył Dorn. Była pełna zdziwienia jak mało obywatele Imperium, urzędnicy, politycy i inni, których kopie świadomości miała w sobie wiedzieli o zbrojnym ramieniu Imperium. Sile, którą stworzyli, by ich broniła przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym. Wiedzieli tylko tyle na ile Armia im pozwalała, ta stała się samoistnym tworem o autonomicznych celach. Zlikwidowała zabezpieczenia mające zapobiec buntowi przeciw prawowitej władzy. Lecz nie buntowała się. Armia potrzebowała Imperium jako źródła bioróżnorodności genetycznej. Mandala przez chwilę otarła o dane chronione „czarnym lodem”,próbowała przeniknąć jego mroki, ale Dorn odrzucił ją od siebie.
- Jesteś silny! – przekazała mu feerią barw na niebie. Cydroid rozjarzył się uaktywnionym polem siłowym. Cząstki powietrza stykając się z polem jonizowały, tworząc ognistą kulę plazmy, unoszącą się nad dżunglą. Mandala nie zmieniła postaci, stała się tylko bardziej przejrzysta. Ogień zgasł, gdy pole opadło. Trzy pary ramion Dorna falowały w powietrzu symulując ruch skrzydeł motyla. Ostrza na końcach jego palców wysuwały i chowały się.
- Jesteś na mnie zły! – bardziej stwierdziła niż spytała. – Jesteś do mnie taki podobny. Ja jestem samotna, mimo, iż jest we mnie tak wielu tych, którzy kiedykolwiek mnie odwiedzili. Ty jesteś samotny, mimo, iż tak wiele twych kopii krąży po galaktyce.
- Tak, jestem kopią. Jest nas wielu. Oryginalny umysł znajduje się na Sacriversum. Gdy zachodzi potrzeba Armia tworzy kolejną kopię. Ten umysł stanowi potencjał możliwości jedyny w swoim rodzaju. Z punktu widzenia Armii potrafimy wybrać najbardziej optymalną w danych warunkach decyzję. Jestem jednak zarazem kopią jak i oryginałem, mam wspomnienia oryginału, lecz doświadczenia i koleje losu każdego z Dornów są inne. Jestem Earl Dorn 2067,rodzaj III. Dorn 9000, tego samego rodzaju w obliczu tego samego wydarzenia może podjąć odmienną, niż ja decyzję w efekcie będzie jednak najwłaściwszą.
- Czy teraz czujesz więź z innymi Dornami?-Spytała obracając się powoli w powietrzu. Wiatr delikatnie rozwiewał rozpuszczone teraz włosy i luźną szatę.
- Tylko czasem czuję ich obecność, ale to bardzo ulotne odczucie. Przez wieki Armia tworzyła i szkoliła nas. Czasem mam jednak wrażenie zespolenia z Dornem, który dopiero powstanie, a ja konam w raz z nim, w zdradliwym kolapsie grawitacyjnym. Jego i moja śmierć rozciąga się na miliony lat. Ty zaś uczestniczysz w życiu miliardów istnień, które w tobie znalazły schronienie.
- Tak. Jam jest samsarą i nirwaną w jednym. Moi twórcy wierzyli w wieczne koło życia, ale by mieć pewność stworzyli mnie. Wszyscy oni we mnie trwają. Pragnęli szczęścia, tylko, kto mnie uczyni szczęśliwą?
- Przybyłem by dać ci to, czego pragniesz - powiedział Dorn. Opadł wraz z Mandalą na pustynię, zaczerpnął w dłoń piach.
- Możesz mi to dać? - spytała z rozbawieniem na twarzy.
- Mogę cię też zabrać! - powiedział cicho. Mandala roześmiała się powietrze też chichotało, cała planeta się śmiała, jak z dobrego żartu.
- Aniele Śmierci! Przybyłeś mnie zabić.Wiem, że potrafisz to zrobić.-Pragniesz mojej śmierci,a na dodatek ja też jej pragnę.Twoje pragnienie ma coś wspólnego ze Schmerzem? Czyż nie?- w głosie Mandali przebijał smutek.
- On sam wybrał swój los. Nie mogłeś nic na to poradzić. A wbrew jego woli nie zabierzesz go, bo ci na to nie pozwolę. Mandala przybrała postać Kali Durgi, wojowniczki o sześciu ramionach i wieńcem czaszek u pasa. Miecze błyszczały złowrogo w jej dłoniach.
- Wiesz, nie zdecydowałem jeszcze, co z tobą uczynię-powiedział Dorn patrząc jak ponownie zmieniło się otoczenie. Teraz stał u podstawy potężnego drzewa, a z jego gałęzi i innych drzew opadały liany. Niebo było niewidoczne, oddzielone od Dorna koronami drzew, wśród których kwitło bujne życie zwierzęce i roślinne. Cydroid wchłaniał ten świat całym swym jestestwem.
- Poza mną i tobą,tak naprawdę niema już nikogo w mym świecie. Wszystko to jest mną i ja jestem tym wszystkim.-mówiąc to przeistaczała się, przybierając formy i kształty szybciej niż Dorn mógł zarejestrować.
- Wszystkim stwarzam światy, w których pragną żyć. Tylko ja jestem skazana na samą siebie-w głosie Mandali przebijała skarga. Znów byłą delikatną kobietą, tym razem w pomarańczowym sari.
- Jesteś więżniem i nie możesz odejść stąd.-Dorn współczuł tej istocie. Równa starym bogom, a zarazem gorsza od nich.-Dlaczego nie możesz odejść? Chcę cię zabrać.-kusił ją.
- Mój drogi morderco światów, we mnie są moi twórcy, wszystkich, którzy tu byli kopie umysłów. Także skłamałam mówiąc, że jest tu tylko nas dwoje. Są całe miliony. Są mną, a ja nimi. Gdy odejdę, obumrą, lecz będzie to następować powoli. Ból będzie ich prześladował, nim przestaną istnieć oszaleją w chaosie, jaki nastanie. Są też tacy jak Schmerz, którzy zostali, nie opuścili mnie i trwają we mnie, w wiecznym kole życia.
- Czym jest teraz Schmerz?
- Chcesz to wiedzieć?
- Tak. - Dorn usłyszał skrzek jakiegoś zwierzęcia. Otoczenie zmieniło się, dżunglę zastąpił brzozowy gaik, w oddali szemrał strumyk. Mandala stała oparta o starą, wysoką brzozę o rozłożystych konarach. Cydroid zbliżył się do niej. Spojrzał, gdzie wskazała mu dłonią. Widział drgające w agonii czworonożne zwierzę.
- Tym jest teraz Schmerz –stwierdziła Mandala.
Dorn przeskanował podobne do sarny zwierzę konające w wyniku upływu krwi z otwartych ran, zadanych przez jakiegoś drapieżnika. Zostało zaatakowane całkiem niedawno.
Dorn wspomniał, jak w czasie ostatniej tu bytności, dokonał przeobrażenia. Stał się wtedy drzewem, i był wtedy szczęśliwy. Pamiętał całe to życie, od żołędzia aż po śmierć w straszliwym pożarze. Obudził się potem na polanie, a obręcz na nadgarstku wibrowała. Statek przyzywał na pokład. Schmerz został, zdjął obręcz identyfikacyjną i pogrążył się w nirwanie.
Dorn odwrócił się od padliny.
- Schmerz przybierał wiele postaci. - mówiąc to Mandala uśmiechała się smutno. - Stawał się jastrzębiem, drzewem i wieloma innymi istotami. Teraz przybierze formę kamienia, może w niej znajdzie szczęście. W odróżnieniu od ciebie nie chciał być Niszczycielem Światów. Dawcą Śmierci.
- Zatem ja jestem Dawcą Śmierci?
- Tak. Zabijesz mnie i wszystko, co mam w sobie,a najciekawsze jest to, iż ja pragnę szybkiej, bezbolesnej śmierci.
- Ja też cierpię!
- A, kto pyta kata, o jego cierpienie? Czy tak źle ci, być bogiem śmierci?
Brzozy znikły, pojawiła się pustynia. Lokalne słońce zachodziło na horyzoncie w krwistoczerwonej poświacie. Wiatr zawodził smutną pieśń bez słów.
- Nawet nie wiesz, jaka to udręka być takim bogiem-powiedział Dorn bardziej do siebie niż Mandali.
Drobiny piasku odbijały się bezsilnie od pancerza cydroida. Gdyby miały miliony lat przed sobą to może wyszlifowałyby go do połysku. Dorn zamyślił się nad sobą i tym, co ma uczynić. System Gestalt oprócz Mandali, miał trzy planety obfitujące w rudy i materiały potrzebne tak Imperium jak i jego przeciwnikom. Sama Mandala mogła ugościć zmęczone załogi flot Federacji i Stowarzyszenia, które nie bazowały, na tak daleko posuniętej automatyzacji sił zbrojnych, jak Imperium. Nie miała żadnych instalacji militarnych. Mandala była też słynną na całą galaktykę ciekawostką turystyczno-religijną, była jedynym rzeczywistym bogiem, cóż z tego, że syntetycznym. Każdy za odpowiednią opłatą mógł zakosztować nirwany, zjednoczenia z bogiem, wejść w cykl samsary. Kreatorzy Mandali wyposażyli ją w systemy ingerujące w samą strukturę materii. Dzięki nim mogła tworzyć rzeczywiste światy dla każdego na poziomie hiperstrun i szesnastowymiarowej przestrzeni. Mandala kreowała światy na podstawie najskrytszych pragnień swych gości. Dorn widział tylko drobny ułamek jej możliwości. Przy całej swej potędze była jednak więżniem. Dla wielu turystów jej podprogramy wykonawcze wystarczały, by zaspokoić ich niewyszukane gusta. Tylko Ameise angażowała więcej intelektu Mandali. To, co przyciągało turystów to pełna realność doznań. Choć nie chcieli wierzyć, iż Mandala kreuje z hiperstrun czterowymiarową przestrzeń. Żadna holokabina, rzeczywistość wirtualna najpotężniejszych SI, nie mogła się równać z Mandalą. Nieszczęściem Mandali stało się to, iż wszystko pamięta, tego jej Dorn nie zazdrościł. Gdy żyje się wystarczająco długo, nic już nie cieszy, nic nie zaskakuje. Intelekt się nudzi, a świadomość zaczyna pragnąć śmierci. Boskość staje się przekleństwem. Mandala stała się smutną i zmęczoną istotą i tylko w jeden sposób można jej było pomóc.
Pustynia przeistoczyła się w ocean. Dorn unosił się nad falami, pod powierzchnią wody przemykały ryby o lśniących grzbietach. Powietrze przesycone było solą i wilgocią. Krajobraz uległ gwałtownej przemianie, teraz stał na małej wulkanicznej wysepce. Zapadał się w drobny, czarny wulkaniczny pył. Dryfy uniosły go w powietrze. Nieopodal stożek krateru dymił lekko, ziemia drżała. Ciągły pomruk wulkanu rozchodził się wkoło. Mandala patrzyła z zagadkowym uśmiechem na twór Imperium unoszący się naprzeciw niej. Wierzyła, iż ją rozumie i da to, czego pragnie.
- Zrób to, po co przybyłeś - zażądała.
Dorn wyciągnął najmniejszą prawą rękę, trzymał w niej czarny pierścień. Mandala wyciągnęła swą prawą dłoń i zmieniła otoczenie. Stali teraz oboje na małej leśnej polance pod starym dębem.
- To miejsce lepiej pasuje, do takiej ceremonii - powiedziała uśmiechając się z przekąsem. Dorn włożył jej pierścień na serdeczny palec, przez chwilę był zbyt luźny, lecz dopasował się. Teraz nawet Mandala nie potrafiłaby go zdjąć.
- Wiesz, boję się śmierci-głos Mandali drżał z przejęcia.-Tak dawno nie odczuwałam emocji!
- Żegnaj Mandalo! Ciesz się życiem!- krzyknął i uniósł się nad polaną. Otworzył portal, znalazł się na mostku dowodzenia swego statku. Przejął kontrolę nad statkiem i wydał polecenie opuszczenia systemu Gestalt po umieszczeniu min na wyznaczonym miejscu. Opuścił ciało cydroida, i wszedł w swe stare zmęczone, właściwe ciało dowódcy floty Imperium.
Stawiacz min wystrzelił ku słońcu Gestalt trzy pociski, chronione wielowarstwowymi polami siłowymi. Weszły na orbitę synchroniczną wewnątrz, chromosfery gwiazdy. Teraz będą czekać na sygnał z pierścienia na palcu Mandali lub z sond na granicy systemu Gestalt.
W drugim przypadku, odczekają aż flota przeciwnika rozmieści swe siły i zajmie pozycje na orbitach planet systemu. Wtedy nastąpi zapłon destabilizujący gwiazdę. Rozpęta się nuklearny sztorm. Gwiazda wejdzie w fazę wymuszonej supernowej, co wysterylizuje cały układ. Życzeniu Mandali stanie się zadość. Umrze szybko i bezboleśnie, czy będzie tego chciała czy nie. To, iż pragnęła śmierci wynikało z niemożności wyboru swego losu. Teraz ma wybór i zapragnie żyć. Dorn nie odczuwał przyjemności w odbieraniu życia, zaś odbieranie je komuś, kto jej pragnie wzbudzało zawsze w nim niesmak
Dorn zebrał swą flotę i skierował się do ustalonego wcześniej punktu zbornego. Wchodząc w stan stazy czuł leciutkie zadowolenie.

Na rozstaju dróg stała kobieta w pomarańczowym sari i patrzyła na śmierć na swym palcu. Dawno zapomniane emocje targały nią.
- Niech cię diabli wezmą, Dorn! Niech cię diabli!-krzyczała.

unimatryca2009

Upadek Niebios

„Rozpoczął wojnę bezbożną w Niebiosach,
Przeciw tronowi i królestwu Boga
Bój tocząc próżny. Moc najwyższa wówczas
W dół go strąciła i runął płonący
W bezdenną zgubę żaru i ruiny
Ohydnej, aby tam zostać w okowach”

John Milton, „Raj utracony”,
w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego
WL, Kraków 1986r.


٭
W bezwymiarze i bezczasie tkwi pęcherz czterowymiarowej przestrzeni, otoczony polami mocy wytwarzanymi przez osnowę wszechświata. Wewnątrz niego wiruje wypalone jądro gwiazdy. Żaden promień światła nie pada na jej powierzchnię. Zresztą, istocie tam uwięzionej światło nie jest potrzebne, aby widzieć. Na biegunie tejże gwiazdy wzniesiono wysoki obelisk, do jego ściany przybito zmiennokształtną istotę. Obelisk nie służy tylko jako miejsce kaźni, zmusza istotę do utrzymywania humanoidalnej postaci. Nie pozwala uciec, wsącza w jej umysł ból. Szepcze słowa mające upokorzyć. Jest uduchowioną maszyną spełniającą wolę swego pana – Jahwe. Nikt oprócz niego nie zna drogi, ani sposobu dotarcia do tego miejsca i czasu, co jest równie ważne, a może najistotniejsze. Czasami się pojawia przed obeliskiem, aby napawać się cierpieniem swego wroga. Wielu przyjaciół i zwolenników więźnia przemierza w poszukiwaniu miejsca jego pobytu wszerz i wzdłuż galaktyki, najdalsze otchłanie, sięgają poza wymiary, lecz drogi nie znajdują. Jednak nie zaprzestali, wciąż szukają. Wciąż mają nadzieję. Gdy Jahwe staje przed obeliskiem, nie czuje triumfu, to uczucie już przeminęło. Czasem jednak obawa ściska jego umysł, gdy uwięziony napina się w daremnym wysiłku zerwania okowów. Obok Boga stoją Michał i Gabriel. Przez wzgląd na nich nie okazuje swej słabości, lęk trzyma głęboko na dnie swej świadomości. Zwyciężył Lucyfera w przeszłości, zwycięży i w przyszłości. Wie jednak, że nadejdzie czas, gdy skazaniec uwolni się. Mimo energii tak nie przebranej go pętającej. Okowy i gwoździe jarzą się jadowitym blaskiem, tym jaskrawszym im mocniej więzień na nie napiera. Ale jeszcze nie puszczają, jeszcze nie dziś. Lucyfer przestaje prężyć się w okowach. Pęta ciemnieją. Tylko ból wykrzywia szlachetną twarz równego Bogu.
Jahwe wchodzi w umysł wroga, oszalały od cierpienia. Jednak tam na dnie umysłu jest niezniszczalne ziarno woli, której nie potrafi złamać. Jej się obawia. Udręczona istota śni. A sny napawają Boga strachem.
٭
Mrok przed obeliskiem rozświetlają jarzące się postacie Boga i jego dwóch zaufanych dowódców: Michała i Gabriela, którzy są zajęci przybijaniem do twardej powierzchni obelisku ciała Lucyfera. Bóg nie kala się brudną robotą. Zostawia to innym. Kieruje mocą obelisku, przekazuje jego świadomości ostatnie instrukcje. Gwóźdź wchodzi w nadgarstek. Lucyfer wyje, rzuca bluźnierstwa. Utracił godność w bitwie pod Gehenną. Jest teraz bezsilny, ale nie pokorny. Czuje ból, ale w oczach ma obrazy triumfu. Miliony wznosiły ostrza w jego imieniu, miliardy go czciły i czczą nadal. Widział armię, której nie powstydziłby się Bóg. Poprowadził ją do boju i przegrał. Ból rozdarł jego umysł, gdy gwóźdź przeniknął stopy i zespolił się w jedno z materią obelisku. Spętany roześmiał się nagle w twarz Michałowi.
- Bracie! Lubisz być sługą!? – krzyknął z mocą, a od potęgi jego głosu istoty słabsze od archaniołów umarłyby.
Michał nie odpowiedział, Lucyfer wiedział, że trafił w czułe miejsce.
- Zawsze będziesz tylko sługą – szepnął, lecz Michał, Gabriel i Bóg słyszeli dobrze jego słowa.
Gdy Gabriel nakładał koronę cierniową wzmacniacza bólu ten spojrzał w oczy archaniołowi.
- Och, Gabrielu, bracie mój. Pamiętasz czasy naszej młodości? Pamiętasz świat, który stworzyłem? Cudowny świat, bez bólu i cierpienia, bez starości i umierania. Zapełniały go szczęśliwe istoty. Jahwe z zazdrości, zniszczył go. Bo ten świat nie potrzebował Boga, bo nie wpoiłem im potrzeby czczenia ich stwórcy. Zaiste, zawistny zawsze był. Gabrielu! Żal mi ciebie – głowa Lucyfera opadła na pierś bezprzytomna.
Gabriel ujął ją w dłonie i szepnął, nie przejmując się obecnością Michała i Jahwe.
- Wybacz bracie.
Ciało Lucyfera nagle wyprężyło się w pętach, głowa uniosła się ku mrocznemu niebu i potężny głos wydarł się z ust skazańca.
- Bądź po trzykroć przeklęty Jahwe! Nadejdzie dzień, mój dzień. Zasiądę na tronie, na górze Saponie! Wtedy ja będę Bogiem, a ty wrócisz do imienia, którego nikt nie zna!
٭
Pulsujący ból nagle przeminął, korona cierniowa w kawałkach odpadła od głowy Lucyfera zerwana potężnym pociągnięciem przez istotę, której powracający do przytomności Lucyfer nie poznawał. W chwilach świadomości czuł jak ktoś mocuje się z pieczęcią na gwoździu pętającym lewy nadgarstek. Znowu zapadł w niebyt. Powrót, odpada gwóźdź trzymający stopy. Niebyt. Powrót. Czuje jak ktoś go zarzucił sobie na ramie, jakby był workiem mąki.
Obelisk wzywa swego pana i próbuje zatrzymać intruza. Lucyfer chce powiedzieć wybawcy, kimkolwiek jest by się śpieszył, Bóg może w każdej chwili wrócić. Nie ma jednak siły otworzyć ust. Ma jednak jej dość, aby zacząć się śmiać. Gdy nieznajomy otwiera przejście między wymiarami zapada w niebyt.
Lucyfer zawył budząc się. Przez chwilę bał się, iż to znowu złudne wizje. Widząc ogromne kryształowe belki, wspierające lodowy sufit, nabrał pewności, iż naprawdę jest już wolny, może nie na długo, ale chociaż przez chwilę. Słoneczne światło przenikało ściany jego komnaty, skrząc i mieniąc się migotliwie. Królestwo Odyna. Poznał wnętrze komnaty z prawego skrzydła Asgardu, Walhalli, komnaty, w której nocował, gdy był w gościnie u boskiego władcy ludów Północy. To było jego ulubione skrzydło zimne i lodowate, jak Nilflhell. Inne skrzydła Asgardu były bardziej tradycyjnie zbudowane, kamienne bloki i drewno, ogromne paleniska z wiecznie płonącym ogniem, ściany z belek drewnianych obwieszone były skórami i bronią. Sama zaś siedziba Asów mieściła się w koronie drzewa świata Yadgrassil, ze światem ludzi łączył ją most Bifrost. Nie czuł zimna ani ciepła. Wspomnienie kaźni bladło w jego umyśle. To już przeszłość. Wieczność choćby najdłuższa, to, gdy minie, jest ledwo słabym błyskiem chwili. Odrzucił wilcze skóry, którymi był przykryty. Wstał i przyjrzał się dłoniom i stopom. Zostały blizny, jasnosrebrzyste. Zmieniał wielokrotnie postać, stawał się smokiem, bluszczem, człowiekiem, lecz blizny nie ustępowały, pomimo wielkiej zdolności nawet jak na istotę wyższą do regeneracji i odtwarzania utraconych części ciała. – Tak naprawdę te blizny są w mym umyśle – pomyślał – To stamtąd muszę się ich pozbyć.
W ogromnej sali tronowej Odyna, głośno ucztowali przy suto zastawionym długim stole Einherjowie, wojownicy polegli w bitwie. Ogień płonął na palenisku pośrodku pomieszczenia. Nad paleniskiem stał kociołek na trzech nóżkach, jego zawartość dziczyzna bulgotała. Nie był to zwyczajny kociołek, służył nie tylko do gotowania strawy, ale także do wskrzeszania zabitych wojowników. Wojownicy śmiali się gromko i rozmawiali głośno, śpiewali i wznosili toasty miodem, Heidrunem. Lucyfer usiadł pomiędzy potężnymi wojownikami o długich jasnych włosach i niebieskich oczach. Zdawali się być braćmi tak byli do siebie podobni. Pił i jadł, nie żałując sobie, lubił zwykłe śmiertelne przyjemności. Wiedział, że wybawca sam przyjdzie do niego. Tron u początku stołu był pusty, czekał na swego pana. „Co może Odyn chcieć ode mnie? Dlaczego uwolnił z Sheolu? Czemu narażał się Jahwe?” – myślał.
Przy stole zrobiło się pusto, wojownicy rozwiali się niczym pasma mgły pchnięte wiatrem. Lucyfer został sam, ogień głośno trzaskał w palenisku, a na tronie pojawiła się postać władcy Walhalli. Ogromna, przy tym szczupła postać w kapeluszu filcowym z szerokim rondem na głowie, miejsce po lewym oku skrywała skórzana czarna opaska z srebrnym ćwiekiem, tam gdzie można by się spodziewać źrenicy. Miał krótka posiwiałą brodę. Lewa dłoń opierał na sękatym kosturze otoczonym leciutką niebieskawą poświatą. Kostur wędrowca, kryjący moc niszczenia. Odyn przemierzał światy pod postacią starca z kosturem. Mądrość cenił nade wszystko, poświęcił swe oko, i wisiał głową w dół przez czterdzieści dni na gałęzi drzewa Yadgrasill, aby ją zdobyć. Przebywał między śmiertelnymi dzieląc ich radości i smutki. Czasem pomagał, często nauczał. Lucyfer lekko zmodyfikował swa postać, uczynił się na podobieństwo Odyna, lecz dużo młodszym i z blizną na policzku. Rzucił kość, którą obgryzał za siebie psom, ta z głośnym stukiem odbiła się od podłogi. Wstał. Psy warczały walcząc o prawo do gnata.
- Witaj szlachetny Odynie. Dziękuję za ocalenie – mówiąc te słowa lekko się skłonił.
- Przyjmuje twe słowa. Podziękowania należą się jednak nie mnie, lecz Lokiemu. On to, bowiem wykradł klucz do Sheolu.
- Co w zamian oczekujesz? – Lucyfer usiadł z powrotem na ławie, ukroił z półmiska kawał dziczyzny. Ogryzał małe kawałki mięsa i długo je żuł. Zapadło milczenie, słychać było tylko chrzęst łamanej kości, jeden z psów oddawał się swemu ulubionemu zajęciu.
- Dlaczego mnie uwolniono?
Odyn milczał dłuższą chwilę, po czym rzekł – Udasz się ze mną na spotkanie z bogami. Tam zostaniesz o wszystkim powiadomiony.
- A jeśli nie zechcę?
- Ma moc na razie skrywa cię przed okiem Jahwe. A i to tylko do czasu.
- Rozumiem. Racz spełnić tylko mą prośbę?
- Zależy jaka będzie. Mów!
- Muszę udać się do świata, który kiedyś pozostawiłem bez opieki. Sam.
- Wiedz, że i ja cię rozumiem. Idź, zatem i wracaj. Czekam tu na ciebie. Jeśli jednak nie wrócisz...– wymownym gestem kostura dokończył zdanie.
Odchodząc Lucyfer skłonił się i wyszedł z komnaty. Przemierzał ogromne korytarze zmierzając ku zewnętrznej ścianie muru pałacu. W szalejącym lodowatym wietrze stanął na krawędzi muru oblodzonym i zimnym. spojrzał na dachy pałacu, przypominające odwrócone do góry dnem drakkary, zwieńczone na końcach smoczymi łbami. Uniósł wysoko ramiona ku niebu, na którym królowało ostre, oślepiające słońce nie dające ciepła. Na tej wysokości tylko nadistoty mogły egzystować. Poczuł dotknięcie na ramieniu. Gdy obrócił się ujrzał boleśnie znajomą twarz, wysoko sklepione kości policzkowe, wydatna szczęka, wąskie, zmysłowe wargi przypominały mu jego ukochaną. Freya miała jasnobłękitne oczy i długie ciężkie białe rozpuszczone włosy, targane teraz silnym wiatrem, Jej skórę twarzy pokrywał szron, a wargi sine od zimna nie zachęcały do pocałunku. Czoło zwieńczył złoty diadem, na szyi lśnił naszyjnik. Dotknęła palcem warg Lucyfera i szepnęła – Pamiętasz?
– Jakże bym mógł zapomnieć o Pani. Nawet gniew twego męża jest mniejszy od rozkoszy z tobą.
Freya uśmiechnęła się i rozchyliła poły futra ukazując cudownie, doskonałe piękno swego boskiego ciała – Nadchodzą czasy Ragnarok. Nieliczni tylko przeżyją. Nie daj się zabić. Niewielu potrafiło tak mnie rozgrzać jak ty. Gdy zwyciężysz, przybądź. Jest mi tak zimno –To mówiąc roześmiała się i rozproszyła w śnieżnym wirze. Lucyfer uśmiechnął się lekko – Innym razem na pewno przybyłbym do ciebie, dopóty jest szansa na przywrócenie Lilith do istnienia, to próżne twoje wołanie – pomyślał, ponownie uniósł ręce ku przeraźliwie błękitnemu niebu i rozpoczął proces otwierania przejścia.

٭
- Czas i przestrzeń to funkcja świadomości – mawiał Gautama. – Światły umysł jest zdolny tworzyć wszechświaty o własnych prawach. Wszystko jest nicością, tak jednak szybko wirującą, iż sprawia pozór rzeczywistości. To jest właśnie Maja. Złudzenie. I z takiej materii powstają światy. Słowa Buddy dźwięczały Lucyferowi, gdy wszedł w coś, co kiedyś było jego dziecięciem, dziełem jego życia. Brama do jego świata istniała tylko w jego umyśle. Kiedyś to był cudowny wszechświat. Lecz gdy Lucyfer wprowadził do niego Jehowę, ten obrócił je w perzynę i upokorzył jego twórcę. Wtedy w Lucyferze zakiełkowało ziarno buntu, maleńkie jak gorczycy.
Lucyfer tkwił w chaosie, jakim stało się jego dzieło. Tak trudno opisać, co czuł i widział swymi zmysłami. Przestrzeń i czas nie istniały w sposób linearny. Jahwe wytrącił je z posad, i zburzył prawa ustanowione przez Lucyfera. wszechświat wrzał, czas posiekany na krótkie odcinki mieszał się i burzył, materia na ułamki chwil przybierała określony kształt, by zaraz przybrać inny lub zatracić się w pulsującym bezkształcie. Gdzieś tam w centrum tego nienazwanego chaosu tkwi ocalały fragment unicestwionego wszechświata. Niosący światło podążył ku niemu, zanurzył się w wirach przeciwstawnych prądów entropii czasu i przestrzeni. Lucyfer cierpiał, jego silne i wytrzymałe jestestwo opierało się chaosowi z najwyższym trudem. Wiedział, iż niewiele brakuje by zatracić się w tej pramaterii, krzyknął i uderzyła w nią fala jego słowa, a słowo stało się początkiem. Pod wpływem fali, zaczął się proces organizowania. Wtedy Lucyfer wniknął do wnętrza jarzącej się ochronnej sfery kryjącej niczym kokon fragment świata z przed zagłady. Wewnątrz sfery stała na trawiastej równinie gigantyczna katedra, zbudowana z wielu graniastych filarów łączących się ze sobą bokami i stykających u szczytu czubkach. Panował półmrok rozświetlany poświatą jarzącej się sfery ochronnej. Tego miejsca Jahwe nie zdołał unicestwić, kryło w sobie to, co dla Lucyfera było najcenniejsze, droższe nawet od jego własnego życia. Wokół katedry rozciągała się równina porośnięta trawami i gajami. Nieliczne ocalałe istoty humanoidalne napływały do katedry, aby podziwiać piękno ukryte w jej wnętrzu. Luc wszedł do katedry nie tracąc czasu na podziwianie skomplikowanych płaskorzeźb, jakimi pokryte były masywne łukowate drzwi z metalu przypominającego brąz, lecz bardziej trwałego. Wnętrze katedry było gigantyczną komnatą, której sklepienie ginęło w mroku, gdzieś bardzo wysoko. W samym centrum tkwił okrągły postument, na którym stał nadnaturalnej wysokości posąg kobiety w długiej zwiewnej szacie do kostek. Posąg był wyższy o ponad sto razy od przeciętnej ludzkiej istoty tu przebywającej, przytłaczała swym ogromem. Istoty postrzegane z wyżyn oczu kobiety wyglądały jak mrówki. Trzymała dłonie lekko odchylone od ciała i skierowane wnętrzem do przodu, palce delikatne, wąskie i długie o oliwkowych paznokciach. Miała wyrazistą twarz o wystających kościach policzkowych i wyraźnej linii szczęki, zmysłowych, choć nieco wąskich wargach. Długie, proste włosy niczym wodospad opadały na plecy aż do pasa. Oczy miała lekko uniesione ku górze. Twarz wyrażała melancholię i łagodny smutek. Czasem posąg ronił łzy, tak było i teraz. Lucyfer zmienił swą postać, uczynił się wyższym wzrostem niż kobieta o głowę. Otarł łzę z jej oka, złożył gorejący pocałunek na jej rozchylonych wargach. Objął ją i przytulił. Przez chwilę jakby fala ciepła przeszła przez masywny posąg, włosy przybrały naturalny odcień jasnego brązu, a oczy z granitu ożywiając stały się piwne i błyszczące. Wiatr zawył w komnacie i poruszył szatami obojga. Lecz po chwili zgasł blask w oczach kobiety. Żywa istota, na powrót stała się kamiennym posągiem. Teraz miała przymknięte oczy, rękami obejmowała nieobecnego już kochanka. Usta zastygły ułożone w pocałunku. Lucyfer odsunął się wyczerpany – Gdy świat się odnowi, przywrócę cię do życia. Teraz czekaj, Jeszcze nie czas. Jeszcze będziemy droga Lilith, razem szczęśliwi – szeptał, po czym przybrał postać jastrzębia, obleciał posąg kilkakrotnie i z głośnym przejmującym kwileniem wyfrunął na zewnątrz wąskim oknem, rozbijając złożony witraż o roślinnych motywach, rozbite kawałki szkła długo spadały ku swemu przeznaczeniu. Wydawało mu się, że słyszy dobiegający go łagodny, niski i smutny głos ukochanej, szepczącej o wiecznej udręce i bólu, błagającej, aby skrócił jej męki. Możliwe, że to tylko wiatr zawodził. Lucyfer zamknął bramę swego umysłu i stanął znów na murze targanym lodowatym wiatrem. Teraz, świat, który zostawił odradza się i formuje. Gdy Niosący Światło wróci znów do niego, będzie już gotowy na jego powitanie. Nie będzie jednak taki sam, jak przed zagładą, nic już nie będzie takie, jak kiedyś.
٭
Zgromadzenie bogów odbywało się pod opieką Ozyrysa, w jego kontinuum. Gigantyczne pomieszczenie o skośnych ścianach, jakie cechuje wnętrze pustej piramidy rozświetlały butelkowate lampy zasilane z czarnych skrzynek. Gładkie ściany pomieszczenia pokryte były hieroglifami i płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z życia Ozyrysa. Sam Ozyrys stał we swej ulubionej postaci, obok siedzącej na tronie dostojnej małżonki i siostry zarazem , Izydy. W gigantycznej sali pojawiali się inni bogowie, lub ich wysłańcy. Jedni materializowali się w huku i przy błyskach energii, inni woleli bardziej dyskretne manifestacje swego przybycia.
Lucyfer poczuł dłoń Odyna na swym ramieniu. Wiedział, że musi podejść do Ozyrysa i Izydy. Wielu z obecnych znał, jeszcze więcej widział poraz pierwszy. Jest przecież tak wiele światów i ich bogów. Jedni rodzili się nimi, inni dochodzili do boskości w długim procesie ewolucji, a nierzadko stawali się nimi poprzez uzurpację i bogobójstwo. Ozyrys pradawny bóg nawet w kategoriach bogów, użyczył swe sanktuarium na zgromadzenie. Moc wypływająca z Uraeusa, diademu, który miał na głowie chroniła i utrzymywała w całości jego uniwersum a także jego samego. Uraeus a Ozyrys to jedność. Ozyrys kieruje jego mocą i wprowadza konieczne zmiany. Jego rolę może spełniać tylko ten, kogo diadem zaakceptuje. Jak każdy inny atrybut boskości ma odrębną inteligencję i wolę. Lucyfer podszedł do podwyższenia przy tronie Ozyrysa, obok niego stał drugi tron zajmowany przez Izydę, istotę piękną i zniewalającą, o długich czarnych włosach misternie splecionych i ujętych w drogocenne ozdoby, w jej oczach dostrzegł mrok niezmierzonych eonów czasu i ciężar wiedzy, jakiej sam nie pragnął doświadczyć, ale która nadejdzie. Tak jak Freya tak i Izyda w przejmujący i bolesny sposób przypominała mu Lilith, zwłaszcza jej piwne oczy, o tęczówkach przypominających drobne płatki kwiatu, łuki brwi i rzęsy także były podobne jak i ten sam lekko drwiący a zarazem smutny uśmiech. Lilith była w swojej ulubionej postaci, szczupłą i wiotką kobietą, Izyda zaś preferowała doskonale kobiecą sylwetkę: szerokie biodra, ciężkie piersi, wąska talia, delikatne ramiona, wąskie dłonie i długie palce. A w oczach pulsowała obietnica niewysłowionej rozkoszy i zapach ciała zniewalający, czyniący z mężczyzn niewolników. Izyda nauczyła go wielu rzeczy, o których inni bogowie poza Ozyrysem nie mieli pojęcia. Dzięki niej dotarł do sekretu tworzenia, jaki otrzymała od Atumna. A Ozyrys wskazał aspekty istnienia rzeczywistości, których nawet nie przeczuwał. Brat Ozyrysa Set miał moc unicestwiania, którą podzielił się z Synem Jutrzenki po wielu przehulanych nocach, najpierw jednak wypróbowując ją na nim.
Dzień przed zgromadzeniem, szatan stał na wydmie, wpatrzony w zachodzące krwawo Słońce.
– Być może to moja krew tak zabarwi szczyt Sapony – myślał. Poczuł obecność Ozyrysa. Odwrócił się w jego stronę. Za plecami Ozyrysa widział rozświetlone miasto skupione wokół górującej nad nim kamiennej piramidy. Miasto żyło nawet nocą, oświetlone elektrycznym światłem z szklanych butli, w których jarzyły się świetliste węże. Ulicami przemykali rozbawieni ludzie, podążali w sobie tylko wiadomych celach.
Ozyrys dzierżył w prawicy swą ulubioną włócznię. Syn Jutrzenki pamiętał lekcje walki, jakie otrzymywał, nieraz to ostrze mogło pozbawić go życia. Bóg stał na wysuwanym trapie barki słonecznej unoszącej się nad wydmami.
- Lucyferze. Jesteś młody i silny, jest w tobie ogień, jaki kiedyś płonął i we mnie. Możesz poprowadzić zjednoczone armie i pokonać Jahwe – głos starożytnego bóstwa tętnił w umyśle Lucyfera.
- Już raz poprowadziłem legiony. Zginęły. Do tej pory widzę zmasakrowane szczątki milionów istnień. Uwolniliście mnie po to bym znowu ruszył przeciw Niemu?
- Tak! Teraz zwyciężysz. Będziesz miał sojuszników, jakich przedtem nie miałeś.
- Jahwe jest niezwyciężony.
- Sam w to nie wierzysz. Drogi boże, którym jeszcze nie jesteś, ostatnim razem zaprawdę niewiele brakowałobyś zwyciężył.
- Widziałem zbyt wiele ostatecznej śmierci, bym znowu chciał ujrzeć pole bitwy zasłane trupami.
- Gdzie jest ten Lucyfer, co poprzysiągł, iż zasiądzie na tronie, na górze Saponie i włoży na swe skronie, Koronę Stworzenia?
- Cóż jestem bóstwem, któremu nie stało na boskości.
- Ty wątpisz?
- Tylko Jahwe nie ma wątpliwości. Ja nie potrafię być fanatykiem. Nie jestem pewny czy naprawdę chcę go pokonać.
- Dopóki tego nie zrobisz, nie odzyskasz Lilith, a twój świat zawsze będzie zagrożony – mówiąc to Ozyrys odwrócił się i dostojnym krokiem udał się po trapie na pokład swej słonecznej. Pod baldachimem czekała już na niego Izyda obleczona w kosztowności i drogie materie, jej delikatny podniecający zapach dotarł do nozdrzy Lucyfera, zapragnął jej, tak bardzo przypominała Lilith, wystarczyło zamknąć tylko oczy. Barka zabrała boską parę do miasta noszącego dumną nazwę Dżedu, znane też jako Per-Usir, Dom Ozyrysa. Syn Jutrzenki zadumany spoglądał na niknącą w oddali barkę rozświetloną jaśniejącymi kulami dryfowymi, przypiętymi łańcuchami do prętów osadzonych w burtach. Do wschodu słońca było jeszcze wiele godzin, gdy Lucyfer usłyszał głos silników innej barki, o wiele mniejszej i w porównaniu z poprzednią wręcz surową i oszczędną, która osiadła przy nim. Wysunął się zapraszająco trap, Lucyfer wszedł na jej pokład. Właściwie była pusta, tylko na jej gładkim hebanowym pokładzie stał dług stół i dwie ławy do siedzenia. Miejsce to obficie oświetlały unoszące się na uwięzi świecące kule. Przy stole stali Thot i Jama i Siwa, który podszedł do Lucyfera i zaprosił do stołu. Po czym gdy usiedli Lucyfer został poczęstowany mocnym korzennym winem. Thot wstając uniósł puchar. Przeważnie przybierał postać wysokiego, szczupłego, silnego mężczyzny, o władczym spojrzeniu czarnych oczu, prostym nosie i mocnej szczęce , znamionującej twardość, włosy miał spięte na plecach srebrną klamrą w kształcie węża pożerającego własny ogon. Ubrany w skórzane spodnie i długą bluzę spiętą wąskim pasem z jedwabiu, stopy obute były w ciemnobrązowe buty z cholewami do kolan.
- Pozwólcie, że wzniosę toast. - głos miał cichy, pełen siły a zrazem tnący jak miecz.
-Za nowego Pana tronu Sapony!
Lucyfer krył zirytowanie. Właściwie miał ochotę odejść gdzieś daleko, gdzie nie sięga moc Jahwe. Wiedział jednak, że nie ma takiego miejsca w tym, a ni w innych światach.
- Siwo. Boże w trzydziestu dziewięciu milionach osobach. Ty Jamo wynalazco i boski inżynierze, a także ty, Thocie dla którego moja cześć, nie ma granic. Darujcie sobie czcze słowa. Mówcie, co macie do powiedzenia i niech się to wreszcie skończy.
Pachnący opium Siwa jęknął boleśnie. Toth zabrał głos. – Jak wiesz Jahwe zawsze sobie na wiele pozwalał. Dopóki robił to w swoim świecie, nie obchodziło nas to zbyt wiele. Co prawda Budda uważał i nadal uważa, iż tak Jahwe jak i jego wyznawców cechuje zbytnia łatwość zabijania, zadawania cierpień i okrucieństwo?
- Ahimsa to też lekka przesada – przerwał Jama. Lucyfer uśmiechnął się zagadkowo.
- A tak nawiasem. Jak Lokiemu udało się ukraść klucz do Sheolu? – spytał Jamę Lucyfer. Nie tknął swego pucharu po toaście Thota.
- Nie wiem. Nie widziałem się z nim. Zresztą nie sądzę, aby chciał odpowiedzieć na to pytanie. Ma wiele swoich tajemnic. Jak my wszyscy.
Toth nie zrażony nietaktem Jamy kontynuował. – Co Jahwe robi na swoim terenie to jego sprawa, nawet gdyby unicestwił siebie i światy sobie podległe. Nie obchodziłoby nas to absolutnie...Lucyfer patrzył jak pojawiła się nagle naga egipska piękność, lśniąca jak rtęć płynna i pełna gracji w ruchach. Serwowała mrożone napoje. Cóż, to jeden z niezliczonych automatów Thota. Maszyna, ale jaka piękna. Thot to zagadkowa i magiczna istota, i bardzo stara. Mówią, iż jest ojcem Ozyrysa i Seta, lecz nie jest to pewno, albowiem inni twierdzą, iż to Set jest ojcem Thota, a może wszyscy mają rację. Czas i jego paradoksy potrafią przyprawić o szaleństwo, proste umysły przyzwyczajone do linearności.
- Zabił Allacha, a wraz nim jego uniwersum, a na to musimy odpowiedzieć Toth skończył mówić.
Lucyfer oprzytomniał nagle, te słowa zaskoczyły go. Teraz zauważył, iż Jama trzyma na kolanach paczuszkę, wywołującą dziwnie znajome odczucia, jakie już dawno nie doświadczał – Czyżby... – nie śmiał mieć nadziei.
- Lucku, mój Lucku jesteś taki porywczy. Poprowadziłeś słabo przygotowane armie przeciw Bogu, bo ten zniszczył twój mały własny świat.
- Nie zniszczył. Nie potrafił zniszczyć. Doprowadził tylko do stanu przed ostatecznym formowaniem. To tylko uzurpator, mieniący się być prawdziwym Bogiem. Prawdziwy Bóg umarł. – Lucyfer unosił się gniewem, głos nabierał siły.
- Jak zdołał zabić Allacha? – spytał, gdy trochę opanował się.
- Powoli do tego dojdziemy – rzekł Siwa.
Jama pociągnął przez słomkę napój. – To mrożona herbata – powiedział do Thota.
- Tak. Wiem o tym Jama Dharmo. Mogę tylko przypuszczać jak to zrobił. Wiemy tylko, że stało się to na Saponie. Został zaproszony na jedno z niezliczonych świąt, jakie ku swej czci urządza Jahwe. Allach zginął a wraz z nim jego wszechświat. Popełnił błąd zabierając swój święty atrybut, Złoty Koran. Groźne jest to, iż może to uczynić z nami wszystkimi. Wszak wpaja swoim wyznawcom „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.
- Podobno jesteś kwintesencja zła, księciem ciemności i Panem Piekła? – niewinnym tonem zagaił Jama, bawiąc się paczuszką w dłoniach. – Słyszałem, iż jadasz niemowlęta i bawisz się odciętymi głowami. A może odwrotnie?
Lucyfer westchnął. Skończył napój. Robot pośpieszył z dolewką.
– Ja jestem buntownikiem, przeciwnikiem, opozycjonistą. Każdy, kto rządzi najchętniej widziałby takiego w dole z wapnem. Miejsce opozycji zawsze jest w grobie. Jako taki muszę być najgorszy, bo jak inaczej władca może pokazać, iż jest władcą. Nie dla obrony mojego imienia tu się zebraliście. Nie dla mnie, chcecie ruszyć fundamentami wszechświatów.
- Bogowie wszystkich znanych światów ci pomogą. Boją się Jahwe – kusił Thot.
- Już raz przegrałem.
- Powtarzasz się. – Thot umilkł. A Jama otworzył pakunek. Barka w między czasie uniosła się wysoko w nocne rozgwieżdżone niebo. Lucyfer ujrzał rozwijający się czarny bicz. Zgniótł w ręku puchar na drobne kawałki. Po chwili zmienił odłamki w tańczącą kryształowa maleńką bajaderę nie większą od dłoni. Rozległ się dźwięk sitaru. Bajadera tańczyła w takt muzyki na cedrowym stole między pucharami. Jama podał bicz Lucyferowi. – To chyba twoje. Zgubiłeś w wielkiej bitwie. Ale to jeszcze nie był Armageddon. Nie wiem naprawdę, jak to się u mnie znalazło.
Bajadera potknęła się i upadła na blat ławy, już nie wstała. Rozpłynęła się w powietrzu w formie świetlistej mgiełki. Sitar ucichł.
Lucyfer odebrał z rąk Jamy bicz, głaskał go i pieścił, łuskowate zwoje ocierały się o dłoń. Bicz budził się szeptał smutnym głosem wijąc się miedzy palcami
– Czemuś, ach czemuś, mnie opuścił. To była jego ulubiona broń, niepozorna i straszliwa. Wygenerowana z fragmentu jego ciała i skoncentrowanego bólu miliarda istot niesłusznie skazanych. Nawet Jahwe bał się dotknąć bicza bez specjalnej osłony. Tylko Lucyfer mógł bezpiecznie się nim posługiwać.
- Cierniu, będziemy już zawsze razem – odpowiedział Lucyfer. Lucyfer czuł jak otwarły się zamknięte w nim dotąd zdroje energii. Thot znowu przemówił.
- Ten, który nie ma imienia, uważa się za jedynego prawdziwego Boga. Twierdzi, iż jest tylko jedna prawda, i tylko on ma na nią monopol. Jesteśmy dla niego karmą dla padlinożerców. Potrafił zabić jednego z nas, ostatecznie. Szykuje swe legiony aniołów do walki. Chce nas wyłuskać pojedynczo. Bo tylko tak ma szansę. Gdy się zjednoczymy...
Lucyfer smagnął powietrze biczem, to krzyknęło rozpaczliwie z bólu. Ognista smuga długo jeszcze unosiła się nad nimi.
- Na swej górze jest niepokonany. To wy zginiecie – powiedział Szatan
Siwa zadrżał. Jama i Thot uśmiechnęli się z jednakowym wyrazem twarzy, jakby byli bliźniakami.
- Gdy ostatnio szturmowałeś niebiosa, pokonał cię – ciągnął Toth. – Nie wiele brakowało a zwyciężyłbyś. Tylko Pieczęć Źródła Mocy ocaliła go. Twoje armie nie zostały całkowicie unicestwione, wielu wojowników przetrwało, tylko rozproszyli się. Samael, Izmael i Belial zebrali dawnych towarzyszy. Są żądni zemsty i walki. Ćwiczą się w walce są lepsi niż kiedykolwiek, trochę ich nauczyliśmy.
Lucyfer zasymilował bicz w swoje ciało. Teraz dopiero przekonał się jak bardzo brakowało mu tej broni, która posiadała szczątkową inteligencję. Pojawił się jeden z organiczno – mechanicznych tworów Thota, przeznaczony do walki wręcz. Niósł jaśniejącą szkatułkę. Thot zabrał ją i otworzył. Sługa oddalił się dyskretnie. Lucyfer ujrzał pieczęć. Bicz w ciele pomrukiwał z zadowolenia.
- Gdy nadejdzie świt, Ozyrys w imieniu zebranych bogów poprosi cię byś powtórnie ruszył na Niebiosa. Nie chodzi tu o nas ani o ciebie. Śmierć to nic strasznego, wielu z nas jej pragnie, zbyt długo już dźwigamy ciężar wiecznego życia, ale nosimy odpowiedzialność za nasze światy. Nie chcemy, aby podzieliły nasz los. Seraj Allacha został unicestwiony, bo ten udając się do Jahwe zabrał ze sobą panel sterujący mocą uniwersum, zamiast go zostawić, tam gdzie jego miejsce przy Fontannie Raju. Panel miał kształt malutkiego złotego Koranu noszonego na łańcuszku na szyi. Jak wiesz poza swoimi światami mamy ograniczoną moc. Jahwe skąpał Allacha w Źródle Życia. Koran rozpadł się. Światy wszechświata islamu rozpadły się w nicość. Nasze atrybuty, panele sterujące mają różną postać. Odyn ma Lodowy Kryształ, który zawsze trzyma w swym pustym oczodole skrytym przepaską, Ozyrys ma Uraeus. Jahwe jak wiesz doskonale ma Pieczęć Źródła Mocy, inaczej zwany Pieczęcią Dnia Sądu Ostatecznego. Na czas bitwy atrybuty te zostaną w naszych światach. Nawet, gdy zginiemy, nie będzie to śmierć ostateczna. Nasze Ka powróci i odrodzimy się ponownie. Jeśli Jahwe zwycięży zniszczy atrybuty. Na miejsce naszych światów osadzi własne.
- Jak wykradliście pieczęć? – Lucyfer patrzył z uznaniem na regulator przepływu mocy, którym w istocie była Pieczęć.
- Loki ma swoje sposoby. Pod ręką Jahwe jest teraz doskonały duplikat. Nie zorientuje się. Dopiero, gdy w trakcie walki jej użyje. Tylko się jemu wydaje, iż jest wszechmocny i wszechwiedzącym - Toth nie krył dumy.
- Gdy on przegra, ja zostanę Bogiem – szepnął Lucyfer.
- Będzie jak zechcesz – rzekł Thot.
- Właściwie to już wszystko za mnie zrobiliście.
Gdy nastał świt Lucyfer wciąż stał na szczycie wydmy, zobaczył na równinie przed miastem nieskończone morze ćwiczących wojowników Ozyrysa. Udał się do ogromnego placu w centrum miasta, gdzie mieściła się świątynia Ozyrysa, przylegająca do Piramidy górującej nad miastem. Sam Ozyrys, Ten-Który-Zajmuje-Tron powitał go uniesieniem swych atrybutów władzy po czym poprowadził do wnętrza świątyni gdzie znajdowało się wejście do centralnej sali we wnętrzu Piramidy
Lucyfer spojrzał na rzesze bogów zebranych na placu i podążających za nim.
- Nastał dzień. Mój dzień – pomyślał. Bicz śpiewał. Lucyfer czuł budzącą się radość życia. Pragnął krwi. Krwi uzurpatora.
٭
Niebiosa. Kto ich nie widział, ten tak naprawdę nic w życiu nie widział. Gigantyczny moloch obracających się siedmiu sfer, z których każda jest osobnym miastem zamieszkałym przez miliardy istot. Prowadzą one wygodne, prze niektórych określane jako nudne, życie. Są tam ogrody i trawiaste równiny a także inne atrakcje. Tylko Kriszna, żył w większym luksusie wraz ze swym dworem. Wiele jednak z uciech znanych światach innych bogów były tam niedostępne. Nie, dlatego, że nieznane, lecz zakazane, bo grzeszne. Wszak Niebiosa to Eden Jahwe. W samym zaś centrum obracających się sfer pulsował ponad wymiarowy tunel nad przestrzenny stabilizowany energią z siedmiu czarnych dziur o prawoskrętnej rotacji. Prowadził on do Sapony świętego świata Jahwe. Płaski świat gigantycznej równiny Magedon, w której środku wznosiła się góra Sapona o ściętym szczycie, zwana też Górą Zgromadzenia, wyglądał z przestrzeni jak prostokątna płyta, leżący monolit, skąpany w świetle, płonącej wiecznym ogniem bliźniaczej płyty unoszącej się wysoko nad nią.
Jahwe przeobraził górę w fortecę, w podziemiach ukrył wysokowydajne fabryki, mogące na zamówienie wypuścić w pełni przygotowane jednostki bojowe od pancernego anioła po międzygwiezdne krążowniki. Cała równina została zaminowana, i pokryta śmiertelnymi pułapkami, wydrążono gigantyczne szyby, w których umieszczono miliony uśpionych aniołów bojowych, Na dany sygnał wyjdą na powierzchnię, gotowe toczyć walkę. Zainstalowano niezliczone bunkry ze stanowiskami bojowymi, gniazdami karabinów maszynowych, wyrzutniami pocisków rakietowych.
Armie bogów pod wodzą Lucyfera zbliżały się do Niebios. Z dala wyglądali jak złoty pył opadający na obracające się niebiańskie koła. Syn Jutrzenki patrzył jak weterani jego pierwszej walki zwarli się w walce z aniołami Jahwe. - Moje anioły – szeptał do siebie stojąc na pokładzie bojowej barki Ozyrysa. – Już niedługo przestaniecie być upadłymi. Ci, którzy was pokonali, dziś legną w pyle. Wasz krzyk zwycięstwa wstrząśnie tronem Jedynego. Oto, bowiem nastał Armageddon.
Przestrzeń wypełniały nieprzeliczalne jednostki bojowe zjednoczonych flot bogów. Niebiosa czekały. Rzesze aniołów odpierały ataki coraz liczniejszych hord Lucyfera. Bogowie otwierali ekrany materii, przerzucali legiony zabójców, te rzucały się na Anioły w białych pancerzach. Nie zważali na swe straty.
Archaniołowie Michał i Gabriel kierujący obroną nie spodziewali się tak licznej armii. Jahwe ich nie ostrzegł, że oprócz znanego wroga pojawią się barki wojenne Ozyrysa i Seta, ogniste rydwany Arymana i Ormuzda, a także bojowe miasta Siwy dysponujące dużą siłą ognia. Pojawiły się też krążowniki kosmiczne scyborgizowanych światów Zjednoczonego Imperium, z dominium Ateusza, który nie wierząc w religie i bogów, sam paradoksalnie miał wszelkie atrybuty boga, a jego ideologia wszelkie cechy religii. Odyn na Lodowym Drakkarze szykował swych wikingów do walki. Dosiadł ośmionogiego Slaupnira i przybył do Lucyfera.
- Bądź pozdrowiony. Co za radosny dzień. Nastał czas na nowego Boga!
Lucyfer ukłonił się. Nic nie mówił. Nawet bogowie Olimpu przybyli go wesprzeć.
Bramy Niebios otwarły się, aniołowie niczym płatki śniegu ruszyli ku napastnikom, starli się z nimi w pół drogi. Zgłębi otchłani kosmosu skąd Syn Jutrzenki obserwował pierwszą fazę działań, tytaniczne starcia sprawiały niepozorne wrażenie, rozbłyski i dryfujące szczątki i odłamki. W próżni nie słychać głosów. Walczący słyszeli tylko komendy w kanałach łączności i własne krzyki wewnątrz skafandrów bojowych a tylko drobny ułamek walczących je potrzebował. Przeważająca większość walczących to istoty potrafiące żyć i walczyć w najtrudniejszych warunkach, w chromosferze gwiazd, w pękach rozpalonej plazmy. Anioły bojowe, ich przeciwnicy walczyli w absolutnej ciszy bezpowietrznej przestrzeni.
Kosmiczne miasta dowodzone przez Ramę otwarły ogień ku Niebiosom. promienie paliły anioły, przebijały pancerze i indywidualne pola ochronne. Użyto broni termonuklearnych. Anioły ginęły bohatersko. Cherubiny wielkością dorównujące barkom słonecznym Ozyrysa toczyły zaciekły bój. Jeden z nich przeciął mieczem ognistym miasto Ramy. Set ze swoimi Barkami ruszył na pomoc.
Lucyfer wysłał Beliala i jego sześć milionów Wściekłych Diabłów z rezerwy. Główne siły oszczędzał, zostaną użyte na równinie Magedon. Walka o Niebiosa to jedynie wstęp. Zeus gromowładny na granicy pola ochronnego Niebios dziesiątkował anioły. Błyski jego piorunów zlewały się w jednolity blask.
Lucyfer spojrzał na Ozyrysa, Agniego, Thota i Jamę.
- Czas na Iskrę Miłosierdzia. Wycofać jednostki – rozkazał.
Barki, i mniejsze miasta wojenne wycofywały się. Armada Imperium otoczyła się polem siłowym wraz z chmarami aniołów i kilkoma okrętami wojennymi Jahwe. wewnątrz tego kokonu dalej toczyła się zażarta walka. Krążownikii Imperium zniszczyły co do jednego anioły, statki zostały przejęte. W tym czasie Diabły i inni wojownicy wracali na z góry upatrzone pozycje. Anioły Jahwe obwieszczały triumf, widząc odwrót. Wielu ścigało swych wrogów. W bezpośrednim sąsiedztwie Niebios zostały tylko cztery miasta wojenne i rzesze diabłów, które nie zdołały się wycofać, związane walką. Wojenne Miasta Siwy dowodzone przez Ramę raziły pociskami jądrowymi pole ochronne Niebios. Pociski nie docierały do celu. Krążyły w jego zewnętrznych warstwach, nie zdolne się przedrzeć do środka, ani wyrwać na zewnątrz. Z otchłani przestrzeni w błysku wyładowania koronalnego pojawiła się maszyna zagłady, Iskra Miłosierdzia. Z grubsza wyglądała jak skorpion ze złota. Kolec jadowy skierowała ku sferom niebieskim. Z Niebios ku niej ruszyły anioły i kosmiczne niszczyciele. Było już za późno. Uderzyła. Wszystkie jednostki Jahwe wraz z diabłami spłonęły. Ocalały tylko cztery kosmiczne miasta. Ich pola były przygotowane na tę broń. Zanikło pole ochronne Niebios, Iskra Miłosierdzia odwróciła, bowiem ich polaryzację. Krążące dotychczas w polu pociski jądrowe skoczyły ku sferom niebieskim. Siejąc śmierć i zniszczenie. Jahwe wycofał resztki swej zewnętrznej armii, wycofał je tunelem na Saponę. Niebiosa ucierpiały nieznacznie. Nie były podstawowym celem ataku. Zdobyto wejście do tunelu.
Jahwe wściekły jak cholera siadł na tronie. Sprawdził jak trzyma się na głowie Korona Stworzenia. Ze schowka przy poręczy tronu wyjął Pieczęć Dnia Sądu Ostatecznego. Jej blask rozlał się po komnacie. Archaniołowie oddali pokłon.
- Oddacie pokon każdemu kto zasiądzie na tym tronie – szepnął do siebie bóg. W sali tronowej panowała atmosfera niepokoju. Przez wysokie wąskie okna wlewało się słabe światło wiecznego dnia.
- Szatan nadchodzi. Wiecie, co macie czynić. Odejść! – krzyczał.
- Tak. O Najwyższy – odpowiedzieli. I odeszli. Zostali tylko Michał i Gabriel.
Jahwe był podniecony, bardziej nawet niż wtedy, gdy katolicy łupili się z protestantami, prawosławnymi lub odwrotnie. Żadnemu innemu bogu nie udała się taka sztuczka, aby w imię tego samego boga nawzajem się wyrzynali. No może, ale nie na taką skalę.
- Ukochani – skierował słowa do archaniołów. – W was moja nadzieja.
Archaniołowie w milczeniu skłonili się i znikli. Wiedzieli, że ich pan nie ma za bardzo ochoty do rozmowy.
Jahwe nerwowo stukał palcami o poręcz. Korona go uciskała. Odczuwał niepokój drążący go jak czarny robak o czerwonych zębach.
- Mam moc, armie niezwyciężone i jestem na Saponie. Nikt mnie nie zwycięży! Tak myślał, a jednak niepokój drążył świadomość.
Elitarne jednostki Serafinów i Cherubinów rozlokowały się u podstawy góry. Szykowały broń i sprawdzały bojowy ekwipunek. Wznosiły też modły do najwyższego.
Nieprzeliczone armie Zjednoczonych Bogów opadały na równinę Megadon. Ta wręcz gotowała się w eksplozjach pól minowych i w błyskach pojawiających się aniołów i uaktywniających broni i pułapek. Nieprzebrane rzesze zabitych zaścielały jałową ziemię. Bunkry ostrzeliwały chmary opadających napastników, z silosów wyrywały się pociski rażące wrogów defragmentującymi się głowicami. Najlepiej z tymi broniami radziły sobie Cyborgi Imperium, wyposażone w broń przeciwlotniczą i miotacze mikroskopijnych strzałek. Krążowniki Imperium niszczyły wiele pół minowych ostrzeliwując sektory równiny bryłami skalnymi, przy odpowiednim przyspieszeniu równie skuteczne jak bronie jądrowe. Świat Sapony był dziwny pod wieloma aspektami. Pola siłowe tu nie działały, bronie jądrowe były bezużyteczne. Iskra Miłosierdzia też na wiele się by się tu nie zdała. Liczyła się tylko siła mięśni, serwomotorów i broń na bazie spalania wyrzucająca pociski przez rozprężający się gaz. Miecz i karabin to na Saponie szczyt wyrachowania. Budda powiedział kiedyś Lucyferowi, gdy ten pobierał u niego nauki. Iż świat Sapony stworzył Jedyny Bóg, tak jak i Niebiosa, na długo przed swym odejściem. Mówił też wiele innych rzeczy, o których Lucyfer nie chciał wiedzieć. I starał się je głęboko ukryć na dnie świadomości.
Mocą może tu jedynie władać Jahwe i Przeciwnik. Bogowie innych światów mogli, co najwyżej wykorzystać połowę swej zwykłej mocy. Jednak im bliżej Źródła Życia tym bardziej ich moc malała.
Odyn stanął przed swą armią. Freyra, jego brata już nie było, został odesłany wraz z Lodowym kryształem do Walhalli. Nordyccy wojownicy w rogatych hełmach szykowali się do walki, stojąc na oczyszczonej z min dolinie otoczonej poszarpanej eksplozjami wzniesieniami. Thor uśmiechał się i gładził pieszczotliwie rękojeść młota. Loki wyciągnął flet i grał skoczną melodie. Odyn spojrzał w niebo i widział mrowie czarnych punkcików opadających w dół – Oto jest Ragnarok - pomyślał. Sięgnął po miecz i zaczął go ostrzyć. To opadali jak krople deszczu wojownicy Armii Zjednoczonych Bogów. Na oczyszczonej z min i pułapek ziemi pod Saponą stanęli ciężkozbrojni greccy wojownicy pod wodzą Aresa a wokół nich wojownicy Ozyrysa, Janusa i wielu innych bogów, nie mieli spokoju z ukrytych szybów i sztolni wystrzeliwali aniołowie, ruszali do walki z zawziętością, równą mechanicznemu poświęceniu cyborgów.
U podnóża góry rozlewały się nieprzebrane migoczące szeregi żołnierzy Jahwe. A z Sapony wylewały się wciąż nowe ich rzesze. Armie zjednoczonych Bogów otoczyły ich zewnętrznym pierścieniem niezmierzonych zastępów a z tunelu napływali wciąż nowi. O teraz pojawiły się legiony Arymana i Ormuzda. Rzesze zwierały się w walce zarówno w powietrzu jak i na Równinie, wzniecając, jej miliardy lat liczący pył.
Lucyfer stanął obozem najbliżej Sapony, słyszał zgiełk walki, odgłosy eksplozji, okrzyki konających i pieśni bitewne, obok niego stali najważniejsi sprzymierzeńcy. Pojawił się nawet Budda. Lucyfer wyraził mu swą głęboka wdzięczność za przybycie. Budda zażyczył sobie rozmowy na osobności. Gdy w namiocie nie było już poza nimi nikogo rzekł. - Nie zabijaj Jahwe.
- Musi umrzeć, za to wszystko, co uczynił.
- Wystarczy jak zedrzesz Koronę Stworzenia, z jego głowy. Mając Pieczęć już jesteś niezwyciężony. Pamiętaj cokolwiek mu uczynisz, uczynisz to sobie. Okaż swą łaskę.
- On, który kazał nazywać się miłosiernym, nigdy nie okazuje łaski. W dowód swej nieprzebranej miłości stworzył piekło i zapełnij je potępionymi na wieczność.
- Każdy ma piekło w sobie Lucyferze. Zwłaszcza, jeśli tego pragnie. Czym okażesz swą wyższość, jeśli nie łaską?
Lucyfer wyszedł z namiotu targany gniewem. Budda westchnął i pogrążył się w medytacji.
Lucyfer uniósł się w powietrze, jeszcze nie skorzystał z Pieczęci. Jeszcze nie czas. Ujrzał jak Siwa w trzydziestu dziewięciu milionach osobach stanął pod Saponą. A Jahwe może tylko w trzech. Już czas na Armageddon. Lecz to następne falangi obrońców ruszyły do ataku. Żołnierze Michała podnieśli wrzawę bitewną. Blask bił oślepiający od ich złocistych skrzydeł, tarcz stalowych i mieczy.
Lucyfer dał sygnał do ataku. nieprzeliczone chmary diabłów, demonów, wzniosły się w powietrze i ruszyli. Piesi zakrzyknęli, uderzyli ostrzami o tarcze i biegiem pognali na spotkanie śmierci. Równina zadygotała jak od wstrząsu eksplozji nuklearnej, to zetknęły się w boju szeregi mężnych aniołów z obu stron i ich sprzymierzeńców. Wszak diabły to też anioły. Wielu wojowników ze śpiewem i modlitwa do swej broni nacierało na wroga. Pył przesłaniał walczących. Thor wznosił zakrwawiony młot ku niebu i spuszczał na głowy tych, co mieli nieszczęście podejść zbyt blisko.
Anioły Jahwe walczyły w milczeniu, drogo oddawały swe życie. Czasem tylko któryś zacharczał, gdy krew zalewała gardło. Cyborgi wznosiły przynitowane tytanowe ostrza, uaktywniały karabiny maszynowe i siały zniszczenie. Anioły padały rozrywane pociskami. Gdy jednak amunicja skończyła się, doszło do starć wręcz. Cyborgi zszczepiały się z aniołami, ostrza przenikały pancerze, odcinały skrzydła i serwokończyny. Pył kleił się od krwi i płynów ustrojowych zarówno cyborgów jak i aniołów.
Set zbroczony anielską krwią upadł. Odcięte ramie legło obok niego. Set umarł z uśmiechem na licu. Ozyrys na ten moment opadł z nieba i rozgromiwszy anioły zabrał ciało swego brata.
Thor z krzykiem bojowym na ustach gniótł Serafinów jak łupiny orzechów. Odniósł wiele ran, ale był szczęśliwy. Krew ściekała po jego ciele, w większości anielska. Aniołowie w pancerzach z wspomaganiem nie mogli stawić się mu czoła. Zgiełk bitewny mieszał się z rzężeniem konających istot wielu ras a także wizgiem zacinających się, słabnących i gasnących generatorów i silników.
Odyn starł się z Michałem, ten czując przemożną j siłę bóstwa, wezwał Jahwe. Bóg wsparł swą mocą archanioła. A działo się to na wysokościach pośród skłębionego roju skrzydlatych wojowników Jahwe i Lucyfera. Michał ściął głowę Odyna. Walkirie rzuciły się ku archaniołowi. Opędzał się od nich. Osłabł jednak z ran, a wierzchowiec Odyna, ośmionogi Slaupnir mszcząc swego pana przegryzł pancerz Michała stalowymi zębami i tłukł go żelaznymi kopytami.
I tak Michał spadł nieprzytomny z nieba na równinę, gdzie dokonał żywota zmiażdżony stopami walczących. Tytani Zeusa miotali kamienne bloki wyrwane z góry na Cherubiny. Jahwe czasem unicestwiał mocą wybranego wroga, nie ruszając się z tronu. Oszczędzał jednak siły na spotkanie z najważniejszym przeciwnikiem.
Krew wielu istnień zmieszała się z jałowym pyłem równiny. Walczono na stosach zabitych. Broń szczękała na pancerzach. Niejedno ostrze pękło. Z tunelu nadprzestrzennego napływali wciąż nowi wojownicy, tak jak i z wnętrza Sapony. Przeciążone generatory fabryk Sapony eksplodowały, bieżąca montownia jednostek bojowych ustała, otwarto ostatnie rezerwy, najgłębsze magazyny, gdzie złożono broń i anioły jeszcze przed pierwszym buntem Niosącego Światło, niektórzy dodawali jeszcze Wolności.
Lucyfer przeobraził się po założeniu Pieczęci na szyję. Przybrał postać olbrzymiego czarnego smoka o czerwonych oczach, szarym podbrzuszu i srebrzyście połyskujących skrzydłach. Jak ze stali miał pazury i zakończenie ogona z kolcem jadowym. Walczący truchleli na jego widok, zwłaszcza widząc w prawej łapie czarny bicz. Smok unosząc się nisko w powietrzu gnał przed siebie, ognistym oddechem palił Anioły, przecinał ich ciała biczem a pazurami rozrywał co twardszych Serafinów. A za nim gnały jego kohorty, weterani z niezliczonych bitew.
Zdarzyło się, iż Eloah zastępca Michała stanął na drodze Lucyfera. Walczył z byczymi wojownikami Ormuzda a jego samego zabił, wyrywając bijące jeszcze serce z piersi. Krew Ormuzda zbroczyła jego pancerz i ostrze miecza. W oczach miał szał i nie przeląkł się smoka, tylko zaśmiał się. Uczyniła się pustka wokół niego. Smok runął na niego całym pędem. Anioł uniósł pogiętą tarczę by ochronić się przed ognistym oddechem. Lucyfer otworzył paszczę ujął zębami głowę obleczoną w hełm i oderwał od tułowia. Struga krwi buchnęła z torsu. Ciało jeszcze rzucało się w konwulsjach, gdy szatan gnał dalej obalając przeciwników a za nim biegli jego wojownicy. Czuł w sobie moc a jeszcze nie użył Pieczęci. Tylko Jahwe mógł się z nim równać. Gdy stanął u podnóża Sapony, przybrał na poły ludzką postać, w ręku dzierżył bicz i ruszył na spotkanie z Bogiem. Nikt nie zastąpił mu drogi. Dążył ku górze, pamiętał drogę do sali tronowej. Jeszcze trochę. Mijał opustoszałe komnaty, przechodził przez ogromne hole, aż wreszcie stanął przed mosiężnymi drzwiami sali tronowej. Naparł na nie, te bezszelestnie otwarły się.
Mozaika posadzki komnaty przedstawiała dzieło stworzenia. Po środku sali stał tron zajęty przez Jahwe. Za tronem stał archanioł Gabriel.
Jahwe uśmiechał się szyderczo, gdy Lucyfer spojrzał mu w oczy.
- Czas na śmierć nieudany boże – ryknął Lucyfer. Od siły jego głosu zarysowały się ściany.
- Nie jesteś godzien mego trudu Aniele Ciemności. Lucyferze, Samaelu, czy jak cię tam zwą. Gabriel! Bierz go! –zażądał Jahwe.
- Rozwlokę twe ścierwo na tej górze! – zasyczał Lucyfer.
Gabriel uniósł swój miecz ognisty, a moc Pana go wzmocniła. Ruszył w stronę Lucyfera. Ten czekał, tylko bicz skwierczał od przepełniającej go mocy.
Gabriel wygasił miecz, złożył skrzydła. Podszedł do Syna Jutrzenki, objął go i pocałował w policzek.
- Nie jestem psem, Jahwe. Sam go sobie weź! – poczym opuścił salę tronową. Jahwe wściekł się. Wzajemna wymiana uderzeń przy pomocy mocy czerpanej ze Źródła Życia rozniosła pałac. Nie było już komnat, ani kunsztownej posadzki, tylko ścięty wierzch Sapony i snopy energii rozlewające się niczym fala na wodzie. Nad równiną rozległ się głos siódmej trąby. Armie zaprzestały walki. Tylko gdzie niegdzie zacięte działa stukały iglicami w puste magazynki. Oczy zgromadzonych skierowały się na arenę ostatecznej walki. Walkirie owijały w całun ciało Odyna. Jedna z nich trzymała jego głowę. Aryman zabrał z pola bitwy martwego Ormuzda. Thor odpoczywał, ściągnął krew ze swojej twarzy i brody. Sapał, nawet jak na boga wojny, trochę przesadził. Nordyccy wojownicy zginęli prawie wszyscy, przebudzą się, już w Walhalli. Siwa opłakiwał Ramę. Agni ładował swe miotacze ognia, kto wie może się jeszcze przydadzą. Jeśli nie tu, to gdzie indziej.
Lucyfer strząsnął z siebie resztki Pieczęci. - Oszukali mnie – pomyślał. – oryginał dalej ma Jahwe. Ale i bez tego czuję przenikającą mnie moc. Nie potrzebuję Pieczęci. Jestem tak blisko Źródła jak nigdy dotąd. I ono mnie teraz zasila.
Jahwe przybrał postać starca z długą brodą, siwą, wręcz białą. Nucił jakąś melodię. Na piersi miał Pieczęć Źródła Mocy a na głowie Koronę Stworzenia. Lucyfer uniósł ręce ku niebu i piorun uderzył w Boga. Ten splunął kulą ognistą. Lucyfer przyjął ją i odesłał z powrotem. Moc przepełniała go, bicz śpiewał. Zwarli się w polach emitowanej przez siebie mocy, skry wyładowań rozświetlały równinę. Armie stały nieruchomo w milczeniu.
Zwarci w klinczu zmieniali kształty w tempie, jakie żadne oko nie było w stanie zarejestrować. Lucyfer wspomniał swój zniszczony świat, bezczasowe więzienie i Lilith. Nienawiść dodała mu sił. Moc Źródła opuszczała Jahwe i spływała na niego. Jahwe cofnął się, przybrał postać Chrystusa zmartwychwstałego, z ranami na dłoniach, boku i stopach.
- Czy chcesz mnie kochającego i miłosiernego Boga zabić? – krew spływała z ran jego, głos był słodki i smutny.
Lucyfer przybrał postać smoka i szponiastymi łapami uchwycił Chrystusa.
- Tyś tak kochający i miłosierny, otworzył wrota piekieł, by niegodni cię zaznawali nieskończonych mąk. Giń o miłosierny.
Rozorał ciało zębami, rozerwał na strzępy i rzucił w powietrze tam zespoliło się, przybrało postać białego gołębia. Lucyfer smagnął biczem, ten oplótł boską emanację i wżarł się w nią głęboko.
Bóg upokorzony przychylony do ziemi czekał na cios śmierci. Szatan trzymał go w pozycji, dogodnej do odcięcia głowy. Zerwał prawdziwą Pieczęć i założył na swą szyję. Jahwe dyszał ciężko. Lucyfer wzniósł bicz do ciosu. Jego rękę powstrzymało wspomnienie słów Buddy – Ty i Jahwe jesteście dwiema stronami tego samego medalu. Jesteście podzielonym bogiem, który śni. Jeśli zabijesz Jahwe, lub on ciebie. Prawdziwy Bóg przebudzi się, a wtedy zniknie wszystko to, co znasz. Czy chcesz tego?
-Niechaj się zatem będzie, co ma być – szepnął Lucyfer do siebie i po chwili wahania zdarł Koronę Stworzenia z głowy pokonanego. Następnie rzekł do na wpół przytomnego.
– Teraz ja jestem Bogiem, a ty Szatanem.
A archanioł Gabriel uklęknął przed nim na jedno kolano i krzyknął
– Niech żyje Bóg! - Zgromadzeni na równinie wojownicy, żołnierze, aniołowie i demony a także bogowie zawtórowali mu. Las ostrzy wzniósł się w jaśniejące wiecznym światłem niebo.

W wiecznym mroku Sheolu dwaj serafini przybijają Jahwe do obelisku. Ten krzyczy i wije się. Lucyfer upaja się jego bólem, a Gabriel z niesmakiem patrzy na to wszystko.
- Cierp, jak ja cierpiałem – szeptał nowy Bóg – Doświadcz tego wszystkiego, co ja doświadczyłem. Ta kara jest gorsza od śmierci. Wiem coś o tym.
Gdy serafini skończyli swa robotę, Lucyfer smagnął bezbronne ciało biczem ognistym.
- To na odchodne – powiedział. – Abyś miał, co wspominać.

٭
Niosący Światło stanął przed postumentem w katedrze, posągu już nie było. Lucyfer wszedł na podwyższenie, pośrodku leżał jakże znajomy kształt. Podbiegł do Lilith, odwrócił ją do siebie, miała zamknięte oczy, włosy w nieładzie rozrzucone. Wziął na ręce, leciała bezwładnie. Czuł, że żyje, jednak , powoli wracała do niego z otchłani klątwy. W końcu objęła go za szyję. Pocałował ją, otworzyła piwne oczy i uśmiechnęła się słabo, była taka lekka, słaba. Postawił ją na nogi, odgarnął włosy z czoła i tulił do siebie. Nie był w stanie nic rzec, a i Lilith nie miała jeszcze dość sił, aby cokolwiek powiedzieć, patrzyła tylko zakochanym wzrokiem w swego boga.
Cierń zanucił radosną melodię i szepnął do siebie – Mój Pan, już nie będzie na wieczność samotny.

٭
Jahwe z Michałem i Gabrielem, uważnie obserwują śniącego Lucyfera. Sheol przeraża archaniołów. Sami nie potrafiliby wrócić do znanych sobie światów. Tylko Jahwe zna drogę. A ten wielce strapiony zamyślił się.
- Panie mój. W światach narasta niepokój - zebrał się na odwagę Michał – Jego sny przenikają wymiary. Zwolennicy znajdą wreszcie drogę do tego miejsca. On ich przyciąga. Wrasta w moc, choć nie wiem jak to możliwe. Przecież to miejsce ma odizolować od wszelkich źródeł energii. A jednak wzrasta w moc. Zatruwa umysły. Zabij go!
Bóg nie odpowiedział, otrząsnął się z wizji – Myślisz, że nie chciałem, że nie próbowałem. Jest w nim miłość do Lilith i to trzyma go przy życiu, to jest tak potężne, że nie potrafię go unicestwić. – pomyślał patrząc na archaniołów.
Jahwe czuł lęk, kiedyś Lucyfer uwolni się a wtedy zadrżą w posadach światy i tron Sapony zachwieje się.
Gabriel poruszył się w mroku i szepnął – Nadejdzie dzień buntu, a upodlony podniesie się.
Bóg spojrzał na niego. – Jest niepewny – myślał. - Zdradzi mnie. Ale teraz jest przydatny. Poza tym jak go zabić, bez wszczynania buntu w podległych mu zastępach. Po czym rzekł – Gabrielu przygotuj wszystko na przyjęcie Allacha, niedługo do nas zawita. Musimy go godnie przywitać. Michale, nie zapomnij po powrocie zintensyfikować klonowanie aniołów bojowych. Należy też unowocześnić nasz arsenał.
Po czym odeszli. Lucyfer został sam, a z nim jego sny.

1998 – 2002
unimatryca2009