środa, 8 kwietnia 2009

Cierń i dziewczyna

Cierń opadał na Samotność, typową planetę klasy M wraz z dziesiątkami takich jak on Kriegów, maszyn bojowych. Czuł siłę i potęgę, a także dumę z bycia częścią wielkiej formacji Imperium. Niespodziewanie dla najeźdźców broń Federacji chroniąca ten system, nazywana Nanokri, uaktywniła się. Cydroidy trawione niewiększymi od wirusów drobinami rozpadały się w atmosferze planety.
Nosiciel Imperium ewakuował się z systemu strzeżonego przez nanodestruktory, zostawiając na pastwę losu dziesiątki rozproszonych Kriegów. Cierń gasnącym wzrokiem widział, jak ogromny statek, otoczony migoczącym obłokiem Nanokri penetrującym jego pole siłowe, wszedł w nadprzestrzeń nie bacząc, że jest zbyt blisko studni grawitacyjnej planety.
Cierń wyłączył swoją świadomość, będąc pewnym, iż to już koniec, czuł, jak Nanokri po wyłączeniu jego pola ochronnego zżerać zaczęła zewnętrzny pancerz. Jednak przeżył. Nanokri z jakiegoś sobie tylko znanego powodu porzuciła go, bezwładnie opadającego w gęstsze warstwy atmosfery planety. Cierń został ostrzeżony przez implant diagnostyczny o poważnym uszkodzeniu pancerza, zniszczeniu napędu dryfowego i prawie całego uzbrojenia. Ocalał nadajnik średniego zasięgu, odbiornik zaś ział stopionym kraterem na wybrzuszeniu korpusu. Został jeszcze pojedynczy ładunek plazmy. Miał sprawne trzy kończyny nośne i dwa manipulatory zdatne do użytku w ograniczonym zakresie. Z czwartej kończyny zwisał tylko poczerniały kikut. Dwa dalsze manipulatory zniszczone, tylko ułomki sterczały z łożysk barkowych.
Cierń wygramolił się niezgrabnie z leja. Niczym pokieraszowany krab udał się na wzgórze, w którego zbocze się wrył.
Wyłączył szalejące wskaźniki krytycznego zasobu energii i system diagnostyczny. I bez niego wiedział, że jest w fatalnym stanie. Czujniki wykazały obecność w pobliżu trzech innych Kriegów. Martwych. Cierń wpasował się między bloki skalne, ustabilizował swą pozycję i znieruchomiał. Energii miał niewiele. Generator zbyt mocno ucierpiał, by mógł dostarczyć standardową moc. Właściwie mógł się podładować do znośnego stanu, ale to wymagało wielu lat odłączenia i uśpienia.
Cierń rozejrzał się. Za sobą miał porośnięte rzadkim, młodym lasem iglastym łagodne zbocze. Nie widział traw. Ten świat nie znał trawy. Lokalne słońce zachodziło. W oddali unosiła się w powietrzu para latających stworzeń, miały ogromną rozpiętość skrzydeł. Cierń wyłączył się. Gdy nabierze dość mocy, sensor zbudzi go. Zapadł w niebyt i nagle wrócił do rzeczywistości. W tym czasie Samotność zdążyła zatoczyć wokół swego słońca kilkaset pełnych obrotów. Dla Ciernia było to jak kliknięcie irysowymi przesłonami obiektywów. Pogodny poranek. Unosiły się nad nim korony potężnych drzew. Wokół śnieg przykrywał wzgórze i równinę.
Cierń wstał, a lód i śnieg opadał z niego niewielką lawiną. Parę małych drzewek zapuściło korzenie w wyrwach jego pancerza. Wiatr zdołał przez lata nawiać dość pyłu i ziemi, aby znalazły tam dogodne dla siebie warunki. Teraz legły u ostro zakończonych kończyn Kriega. Ten ruszył w stronę swych martwych towarzyszy.
Minęło dużo czasu nim ściągnął ich zewłoki na wzgórze, które obrał za swą siedzibę. Nie wiedział, dlaczego to robi. Po co właściwie ustawia martwych towarzyszy wokół siebie? Może nie chciał być sam przez najbliższe tysiąclecia. Nie miał możliwości wezwać pomocy. Mógł tylko czekać, licząc, że Imperium nie zapomni o nim. Wierzył, że przybędzie kiedyś po niego statek. Teraz będzie czekać. Jest cierpliwy. Czasu ma wiele.
Przeniesienie trucheł pochłonęło wiele energii. Ledwo jej starczyło, aby mógł powrócić do swej szczeliny między blokami. Tam czuł się bezpiecznie. Patrząc na zmrożony świat, stwierdził, że Samotność ma swój urok. Gdy ponownie się uaktywnił, stwierdził, że to nie sensor stanu energii go zbudził tylko pasywny czujnik ruchu reagujący na czyjaś obecność. Tam, gdzie jego opancerzona stopa stykała się z kamienistą ziemią wzgórza, leżała dziewczyna, w porównaniu z Cierniem mała niczym chrząszcz. Spała.
Krieg poczuł zdziwienie, nie dlatego, że na tym świecie były istoty z gatunku z którego i on pochodził gdy jeszcze był biologiczną istotą, wszak pierwsze Imperium rozsiało ich prawie po całej Galaktyce, lecz tym, że ta istota nie bała się go. Dziewczyna spała przytulona plecami do kolca jego kończyny, na wpół zwinięta w kłębek. Miała na sobie grubą odzież z włókien roślinnych.
Kriega opanowały wspomnienia z czasów, gdy był istotą niewiele się od niej różniącą. Odegnał je. Zadawał sobie pytanie, skąd ona jest, jak daleko jest jej rodzinna osada. Technika wykonania jej szaty wskazywała na dość niski poziom zaawansowania lokalnej społeczności. Słońce zaczynało mocniej przypiekać. To już było południe, letni bezwietrzny i bezchmurny dzień.
Cierń, najdelikatniej i najciszej jak potrafił, wyciągnął przed siebie przedni manipulator i trzymał nad dziewczyną. Cień gigantycznej mechanicznej ręki padał na nią, chroniąc przed spiekotą. Gdy zbudziła się, krzyknęła trwożliwie i w pierwszej chwili próbowała uciec przed zawieszoną nad nią kończyną. Po chwili spostrzegła, iż nic jej nie grozi. Na jej twarzy rysowało się zdziwienie. Cierń słyszał, jak mówi szybko w nieznanym mu języku. Po chwili już biegała przed nim i krzyczała nie ze strachu, lecz z radości.
Stanęła i zamilkła, gdy przywrócił ramię do pierwotnej pozycji. Przestała się go bać i to cieszyło Ciernia. Od tej chwili stała się częstym gościem. Przychodziła zawsze sama, czasami rozpalała ognisko, śpiewała i bawiła się przy nim, tańczyła, oddawała mu pokłony. Czciła go. Cierń nie potrafił jej wytłumaczyć, że nie jest żadnym bogiem.
Po pewnym czasie stwierdził, że polubił jej towarzystwo. Wiedział, że powinien całkowicie się wyłączyć, i czekać na pomoc. Jednak nie potrafił pozbawić siebie tej jedynej rozrywki, jaką stały się odwiedziny brązowowłosej dziewczyny o zielonych oczach. Pewnego razu dostrzegł, iż za dziewczyną przyszli inni przedstawiciele jej gatunku.
Przybysze kryli się za drzewami i blokami skalnymi, Cierń widział ich lęk i słyszał trwożliwe i pełne nienawiści szepty. Nie rozumiał słów, lecz rozumiał ich emocjonalne tło. Głosy były złe i przestraszone. Wzgórze, on sam i jego martwi towarzysze przejmowali ich strachem. Mając bagaż wiedzy o różnych gatunkach, wiedział, iż to może się źle skończyć dla tej młodej niewinnej istoty, bawiącej się przy nim.
Kto wie, może uznają ją za opętaną? Zapewne śledzili ją, chcąc wiedzieć, gdzie to tak często znika na wiele godzin.
Nastał wieczór. Dziewczyna odeszła nie zauważając śledzących ją ludzi. Krieg z niepokojem czekał na następny dzień. Nie przyszła. Minęło kilka następnych dni. Nie pojawiła się.
Cierń dokonał bieżącej diagnozy swych podzespołów. Nie pogorszyło się. Energii miał dość, aby pozwolić sobie na niewielki spacer. Włączył lokalizator. Wykrył w niewielkiej odległości od wzgórza spore skupisko masy organicznej zgodnej z tkanką dziewczyny. Wstał i powoli zmierzał w jej stronę. Poruszanie się nie było łatwe jednak cierpliwie dążył do celu. Sensory akustyczne wychwyciły wiele podnieconych głosów męskich i żeńskich, sporo także dziecięcych, dobiegające z osady.
Słyszał też głos dziewczyny, która przychodziła do niego, słaby i pełen boleści. Przyśpieszył kroku. Ci ludzie krzywdzili ją. Zobaczył drewniane budynki osady, podążył ku jej centrum, gdzie cisnął się tłum. Na środku placu stał krzyż obłożony gałęziami i chrustem, gotowy to podpalenia. Przy stosie stał ubrany w długą, czarną szatę stary mężczyzna, trzymający w ręku pochodnię. Krzyczał złowrogim głosem i pokazywał na ukrzyżowaną. Zebrani nie dostrzegli jeszcze zbliżającego się Kriega, zbyt byli podnieceni egzekucją.
Cierń poczuł złość i żal. Zaczął miażdżyć nędzne chatki. Gdy stanął nad tłumem przy krzyżu, kapłan gruchotał kolana dziewczynie, która przez łzy patrzyła na nadchodzącego Ciernia. W jej gasnącym wzroku widział pytanie – Za co?
Po czym umarła. Na odartym z ubrania ciele widniały ślady tortur, przypalania, ręce miała pozbawione skóry. Krew i osocze spływały na jej stóp przybite do krzyża. Krieg delikatnym ruchem manipulatora zabrał ją z krzyża. Gwoździe chwilę stawiały opór, lecz puściły. Kapłan oszalałym wzrokiem patrzył na monstrum zabierające jego ofiarę. Krzyczał i groził, nie bacząc, jak mizernym jest wobec maszyny bojowej Imperium. Zapewne nie spodziewał się ujrzeć takiego boga. Cierń nogą rozgniótł go jak muchę. Odczuwał nienawiść do tego tłumu uciekającego w popłochu. Przytulił do siebie umęczone ciało dziewczyny. Miał w sobie ogromny żal. Uaktywnił ostatni ładunek plazmy, jaki mu pozostał.
Cała osada wraz mieszkańcami wyparowała w nanosekundzie, jednak Cierń nie poczuł ulgi, zrozumiał, że to było bezsensowne i niepotrzebne. Energii ledwo mu wystarczyło, aby wrócić na swoje wzgórze. Przez kilka dni trzymał w dłoniach martwą dziewczynę. Wreszcie spopielił ją, a prochy zagrzebał tam, gdzie pierwszy raz ją zobaczył. Po czym znieruchomiał między głazami i wyłączył się. Tracąc świadomość, widział brązowowłosą istotę o zielonych oczach śpiewającą przy jego osadzonych mocno w grunt kończynach.


unimatryca2009

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz