piątek, 10 kwietnia 2009

Sara

Sarę, pierwszy raz zobaczyłem na korytarzu Urzędu Wojewódzkiego. Niosła pod pachą akta, idąc patrzyła przed siebie, nie zauważając nikogo skupiona na zadaniu do wykonania. Włosy spięte w kok, na twarzy skromny makijaż ograniczony do pomadki na wargach w cielistym kolorze. Ubrana w dopasowany popielaty żakiecik i takim kolorze buty na niskim obcasie. Jakże inaczej prezentowała się na tle innych kobiet w szpilkach i krzykliwych kolorowych ubraniach, farbowanych włosach, jaskrawo umalowanych paznokciach. Nie widziała mnie, a ja patrzyłem na nią urzeczony. Te oczy, tak te oczy spowodowały, że utkwiła mi w pamięci. Chciałem podejść i zagadnąć ale ujrzałem na palcu obrączkę i zrezygnowałem. Nie sądziłem wtedy, iż ta drobna kobieta tak mocno zaważy na moim życiu.
Rok później, otrzymałem pracę w tymże Urzędzie Wojewódzkim. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, iż kobieta która miała mnie wprowadzić w obowiązki, jest tą sama którą widziałem rok wcześniej. Okazało się, że będziemy razem pracować w sąsiednich gabinetach. Przedstawiono nas sobie. Miała wtedy rozpuszczone włosy, sięgające pasa, błyszczące ciemno piwne oczy i tylko szminkę na wargach, beżowa bluzkę i spodnie. Poznałem jej imię – Sara. Jak na polskie warunki, rzadkie i oryginalne. Poczułem do niej sympatię, kompetentna, miła. To co jednak najbardziej mnie w niej pociągało to nutka melancholii w dużych brązowych, sarnich oczach, niezmierzony smutek przykrywany słabym zdawkowym uśmiechem wąskich, a mimo to zmysłowych warg. Sprawiała wrażenie słabej i kruchej, aczkolwiek taką nie była. Wzbudziła we mnie instynkt opiekuńczy. Zapragnąłem ją chronić przed całym złem tego świata, lecz nie potrafiłem a nawet stałem się przyczyną jej cierpienia.
Po pół roku wiedziałem, iż zakochałem się w niej jak sztubak, śniłem o niej, układałem w marzeniach życie z nią, pragnąłem przy niej się zestarzeć. Dla mnie była najwspanialszą istotą na świecie. Banał. Mnie, silnego mężczyznę w wieku 35 lat spotkało coś, co myślałem, iż nigdy nie doświadczę. Jak nie masz problemów, to zakochaj się. Kupowałem i wręczałem jej kwiaty pod byle pretekstem. Czasem przyjmowała je, czasem nie. Zawsze jednak widziałem te iskierkę radości, chwilowego zapomnienia o czymś strasznym. Gdy pewnego razu dałem jej drobny prezent zamiast róży, zobaczyłem na jej twarzy grymas niepokoju, cień strachu. Zaproponowałem pójście do restauracji, kina. Odmówiła lecz często razem jedliśmy w przerwach pracy. Dużo rozmawialiśmy, opowiadała bardzo wiele o swoim życiu. Stałem się jej powiernikiem. Któregoś dnia wybrałem u jubilera pierścionek z kamieniem o błękitnej barwie, ten kolor zawsze bardzo lubiła. Po pracy zajrzałem do jej biura i oświadczyłem się. Nie przeszkadzało mi, iż miała kiedyś dwóch mężów, a teraz żyje w nieformalnym związku i jest starsza ode mnie. Wiedziałem, że nie jest szczęśliwa z konkubentem. Pokręciła głową w geście znanym wszystkim, którzy choć raz dostali kosza. Idiota ze mnie, nie ma co. Czułem się urażony. Do tej pory miałem wrażenie, iż mnie lubi, a może coś więcej. Pogodziłem się z tym jednak. Szanowałem i lubiłem ją dalej, pomimo zawodu którego doświadczyłem. Czasem okazywałem sympatię, tak jak koleżance z pracy, drobne uprzejmości, pomoc gdy upadł szalik, lub nawalił jej komputer itp. Coś się jednak zaczęło psuć, zaczęła mnie unikać. A ja nie dążyłem do ocieplenia kontaktów. zostawiłem sprawy swojemu biegowi. Pewnego dnia zrobiła mi scenę, czyniła wyrzuty jak ją traktuję. Powiedziała, że nie może w takich warunkach pracować i odchodzi z pracy. Czułem się winny, przeprosiłem sam nie wiem za co. Powiedziałem, że nie musi się zwalniać, ja odejdę. Powinienem wtedy rzucić wszystko na jedną kartę, jeszcze raz się oświadczyć, nie zrobiłem tego. Jedno nie wystarczyło mi. Odszedłem z pracy i przeszedłem do Ministerstwa wykorzystując wpływowych przyjaciół. Poznałem Kasię, polubiłem ją, nie kochałem jej jednak . Przy ołtarzu, gdy mówiłem tak, zamiast Kasi, widziałem stojącą obok mnie Sarę. Gdy urodziło nam się dziecko, dałem córce na imię Sara. Możliwe, że żona coś przeczuwała, ale nigdy nie dałem jej powodu do niezadowolenia, czy zazdrości. Moją miłość przelałem na maleńką Sarę. Dla Katarzyny miałem tylko przywiązanie. Gdy zginęła w wypadku samochodowym, nie odczuwałem zbytnich emocji, tylko trochę smutku, znajomi podziwiali moje opanowanie i żelazną wolę , żałowałem tylko, że Sara w wieku lat czterech straciła matkę,
Rok póżniej, dotarła do mnie wieść o śmierci Sary,. Długo cierpiałem na depresję. Wykorzystując kontakty służbowe zapoznałem się z aktami sprawy, została zabita przez konkubenta, wypił za dużo piwa i pobił ją ze skutkiem śmiertelnym. Zmarła w szpitalu nie odzyskując przytomności. Gdy zapanowałem nad swoim żalem poszedłem do celi mordercy. Otrzymał 15 lat wyroku, za dobre sprawowanie ma szansę wyjść dużo wcześniej. Stał obrócony do okna w rozkroku, ręce opierał o framugę okna. Poleciłem, by odwrócił się. Był moim przeciwieństwem, zarówno fizycznym jak i psychicznym, widać było, że jest zagorzałym miłośnikiem piwa,. Staliśmy naprzeciwko siebie w milczeniu. Był niższy niż ja, może metr siedemdziesiąt wzrostu, osiemdziesiąt kilogramów masy ciała, szpakowaty, kiedyś kruczy brunet. Gdy ostatni raz widziałem Sarę, ważyła czterdzieści siedem kilo. Oczami wyobrazni widziałem jak ją katuje. Nie wiedział kim jestem, nigdy się tego nie dowiedział. Dla niego zawsze zostałem facetem w stalowo szarym wełnianym płaszczu. Wzrok utkwił w podłodze. Czułem potworny ból, odrazę i chęć zemsty. Na zdjęciach zrobionych przez policję utrwalone zostało zmasakrowane ciało Sary. Twarz zniekształcona nie do poznania, długie włosy sklejone krwią. Wyczuł moją nienawiść, zobaczyłem jego lęk. Za pieniądze wszystko się załatwi. W dniu wyjścia z więzienia został pobity na ulicy. Leży do dziś sparaliżowany i niemy, sam w pustym pokoju bez telewizora, czy radia. Co roku, w dniu śmierci Sary otrzymuje kartkę pocztową na której jest napisane jedno zdanie – „Za Sarę”. Kiedyś odwiedziłem go. Usiadłem na skraju szpitalnego łóżka. Patrzyłem na niego, a on zrozumiał gdy wyciągnąłem szarą kopertę i zacząłem pokazywać mu odbitki zdjęć zmasakrowanej Sary. Powiedziałem szeptem :
– Twoja śmierć, to za słaba kara.
Zobaczyłem w jego oczach cień emocji, straszliwego cierpienia.
– Postaram się, żebyś żył jak najdłużej – dodałem. Strach, jakże był przerażony, bezradny i przerażony. Czułem w sobie satysfakcję i żal, bo nic nie zwróci mi Sary.

Na pogrzebie Sary poznałem jej byłych mężów, poza nami nie było dużo ludzi. Piękny letni, ciepły dzień. doskonały na ślub, urodziny, i widać tak samo dobry na śmierć i pogrzeb. Kupiłem jej róże, tysiące czerwonych róż ułożonych w dziesiątkach bukietów, które złożono na grobie. Żałobnicy patrzyli zdziwieni, rozmawiali między sobą dopytując się skąd tyle drogich kwiatów. Gdy wszyscy odeszli ja jeszcze zostałem, odesłałem mego szofera i ochroniarza do samochodu i usiadłem na płycie marmurowej krypty i patrzyłem jak grabarze sypią ziemię. Jeden z nich poprosił mnie abym odszedł. Skinieniem dłoni kazałem mu zostawić mnie w spokoju, dopiero wtedy mogłem płakać, bezgłośnie. Co roku w dniu jej śmierci składam na grobie bukiet czterdziestu czerwonych róż, jedna na każdy rok jej krótkiego życia. Kładę u stóp rzeźby będącej odzwierciedleniem zmarłej, na grobie który kazałem wznieść z czarnego marmuru. Żyję z poczuciem winy która straszliwie ciąży. Oddałbym wszystko aby to co się zdarzyło złego, nie stało się nigdy. Mam wrażenie, że mogłem temu zapobiec, lecz nie zrobiłem tego.

Stoję na moście Piastowskim i patrzę na brunatne wody Odry, leniwie toczące się pode mną. Jest chłodno, wełniany płaszcz słabo radzi sobie z podmuchami wiatru. Jestem już stary. Obok mnie stoi moja córka, trzyma mnie pod rękę, jest piękną kobietą nic nie ma jednak po swojej matce. Jest wierną kopią mojej Sary. Bardzo ją kocham i tylko ona jeszcze trzyma mnie przy życiu. Gdy podnoszę wzrok znad wody widzę Urząd Wojewódzki i okno gabinetu gdzie kiedyś pracowała Sara. Choć minęło tyle lat, wciąż widzę jej podłużną twarz o wystających kościach policzkowych, mocno sklepione łuki brwi, ciemne oczy o smutnym wejrzeniu, długie rozpuszczone brązowe włosy jaśniejące na końcach. Drobna, krucha istota która mnie zniewoliła. Gdy nadejdzie mój czas, będę umierał szczęśliwy, albowiem kochałem i nic mi smaku tego uczucia nie odbierze albowiem umrze wraz ze mną.

unimatryca2009

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz