Chcesz odpocząć od zgiełku świata?
Masz dość szefa, kłótliwej żony, krzyczących bachorów?
Nienawidzisz życia, jakie dotąd wiodłeś?
Przybądź, na Mandalę!
Będziesz, kim zechcesz!
Bohaterem! Potężnym lwem!
Będziesz kimkolwiek lub czymkolwiek chcesz być!
Gwarantowane usługi na najwyższym poziomie!
Folder, który trzymasz w ręku lub cokolwiek tam masz za kończynę, upoważnia cię do zakupu ulgowego biletu na liniach INTERGALAX.
Pamiętaj czeka na ciebie wszechogarniająca miłość jedynego prawdziwego Boga.
Za cenę, na którą cię stać!
Nie zwlekaj, ilość miejsc ograniczona!
Przez otwarty ekran portera, wyłonił się w bezpośrednim sąsiedztwie planety Mandala, w systemie Gestalt statek dowodzenia Imperium w asyście roju sond szperaczy. Za nim wyłoniły się statki zdziesiątkowanej IX floty. Dowodzący Earl Dorn został obudzony ze stanu stazy. Czuł ból w każdej cząstce ciała humanoida, jaka mu jeszcze została. Wkroczył na mostek dowodzenia, usiadł na tronie i wszedł w datasferę statku, używając łącza bezpośredniego. SI statku udostępniła wszystkie dane, jakie zażądał. Teraz postrzegał przestrzeń systemu Gestalt, sensorami floty. Ze smutkiem stwierdził, w jakim tragicznym stanie jest teraz potężna niegdyś flota.
Tylko pięć statków zdołał wyprowadzić z bitwy wokół XII garnizonu Imperium. Trzydzieści innych statków uległo zniszczeniu, w tym najnowszej generacji niszczyciel „Weltoten”. Zostały mu tylko ten statek dowodzenia, na którym przebywa, stary krążownik, dwa nosiciele myśliwców i stawiacz min. SI poszczególnych okrętów przystąpiły już do uzupełniania ubytków i napraw. Krążownik Donner wszedł w obłok kometarny systemu, Gestalt, gdzie miał swobodny dostęp do minerałów i wody z kometarnych głów. Teraz jego montownie i macierze zaczną przetwarzać to na potrzebne mu komponenty. Dorn wyszedł z datasfery, lecz drobna część jego świadomości zawsze tam pozostawała. SI to wspaniały twór, lecz decyzję ostateczną, tylko sam mógł podjąć. Dorn wstał z tronu. Mostek dowodzenia wyglądał jak wąski korytarz z licznymi wnękami z kokonami ochronnymi, w których tkwiły końcówki łączy sterowniczych, nakierowanych na Dorna, by odbierać każde jego polecenie, także terminale łączności i sterowania ręcznego w razie konieczności, zasobniki z zapasowymi SI statku dowodzenia, a w najbezpieczniejszym kokonie z pól siłowych tkwił duplikat świadomości Dorna.
Earl skanował i analizował dane o systemie Gestalt i samej Mandali. Pamiętał ten układ. Gdy jeszcze był dużo młodszy i nie miał tylu implantów, co teraz, przybył tu na pokładzie niszczyciela Kolkrabe jako podoficer. Miał wtedy przyjaciela. Kiedy to było, to nieistotne. Dla przedstawicieli jego gatunku minęły dwa tysiące lat standartowych. Dla Imperium i jego galaktycznych flot, to drobny ułamek czasu.
Na wielu planetach zdążyły wtedy narodzić się i upaść cywilizacje. Jakże wiele ze światów nawet nie przypuszcza, iż egzystują w tętniącej życiem galaktyce. Dorn widział sensorem statku Mandalę, jako zielonkawo niebieską kulę zawieszoną na czarnym, atłasowym kobiercu z rzadka nakrapianym błyszczącymi punkcikami odległych gwiazd.
Na Mandali panował teraz łagodny, ciepły klimat, stworzony przez kolonistów w czasach pierwszego Imperium galaktycznego. Dane o pierwotnych parametrach i mieszkańcach planety nie zachowały się. Nawet centralne archiwum na Sacriversum nie miało tych danych, a posiadało informacje o wszystkich nawet najmniejszych ciałach niebieskich, jakie kiedykolwiek zostały zbadane prze sondy i próbniki Imperium.
Dorn natrafił kiedyś na informacje o Mandali, wśród kręgu doradców imperatora Haderiana IV. Jeden z nich wywodził się z linii Anexel, wielokrotnie klonowanej istoty z gatunku Ameise. Każdy następny klon, którego umysł był niczym czysta karta, stawał się nosicielem świadomości swego poprzednika.
Ta istota, Ameise wiele czasu spędzała na Mandali. Kiedy przybyła tam pierwszy raz, nikt tak naprawdę nie wiedział. Dorn opuścił mostek dowodzenia i przeniósł się do komór ładowni,gdzie spoczywał sprzęt potrzebny przy eksploracji planet i platformy montażowe zdolne zmontować każdy twór, jaki chciał zamówić dowodzący statkiem. Dorn zażyczył sobie gotowy model cydroida, którego wiele razy wykorzystywał do samotnych rekonesansów. Bojowy cydroid został zmodyfikowany do jego potrzeb, sieć neuronowa została tak przetworzona by mogła pomieścić umysł Dorna. W razie zniszczenia cydroida świadomość w nim zawarta cofała się do datasfery, z którą utrzymywała ciągły kontakt. Dorn w ciele cydroida opadał ku planecie, pola siłowe chroniły go przed tarciem o jej atmosferę.
Mógł użyć przekażnika materii, ale wybrał stary sposób, nie z przyczyn praktycznych a z sentymentu. Minął orbitalny kompleks rozrywkowy, teraz pusty z powodu konfliktu Imperium ze Stowarzyszeniem i zjednoczoną z nim chwilowo Federacją.
Dorn opadał ku planecie w kuli zjonizowanego gazu powstałego z cząstek atmosfery zderzającej się z jego osłoną. Zmierzał na spotkanie pełen obaw, co ono przyniesie. Dryfy wyhamowały tuż przy powierzchni planety. Wzniósł się tuman pyłu. Pola ochronne zostały wyłączone. Cydroid stanął pewnie na twardym gruncie, który spękał pod jego ciężarem.
Masa olbrzymiego cielska wymuszała pewną powolność ruchów. System autodiagnozy zgłosił pełną sprawność i gotowość do działania. Teraz mógł zmierzyć się z Mandalą. Dorn ustawił sensory cydroida na humanoidalny zakres zmysłów, teraz postrzegał otoczenie jak istota, którą kiedyś był. Stał na skrzyżowaniu dróg. Jak okiem sięgnąć widział same krzyżujące się drogi, od szerokich jak starodawne autostrady aż po całkiem małe, kręte i wąskie jak ścieżki. Dorn spojrzał pod nogi, wokół stóp utworzyły się siatki spękań, materiał, z którego składała się szosa nie wytrzymywał jego ciężaru. Ustawił pole nośne tak, by móc naciskać na podłoże nie niszcząc go.
Dorn dostrzegł niewielkie zmiany w polu widzenia. Fragment otoczenia zafalował, zamigotał potem całe otoczenia zaczęło się przekształcać, drogi zaczęły się wybrzuszać i pękać, od spodu wyrastały najpierw niewielkie rośliny, które przeobraziły się w drzewa pnące ku niebu. Dorn patrzył w niebo, jasnobłękitne przetykane białymi pasmami chmur.
Wysoko ponad chmurami, unosił się dostojnie drapieżny ptak. Cydroid rozłożył szeroko trzy pary rąk, wysuwał ostrza z pochewek na końcach palców, niczym kot pazury. Po chwili dwie pary ramion złożyły się, ostatnia najmniejsza, przeznaczona do delikatnych manualnych prac, drgała w znanym tylko Dornowi rytmie. Gdy ujrzał wyrosły u stóp kwiat, nachylił się nad nim.
Wracały wspomnienia, o których sądził, że zaginęły w przeszłości. Cydroid drgnął, czujniki wykryły nowy element. Niedaleko niego, w powietrzu formował się twór. Gdy wir zniknął, na jego miejscu stała kobieta w zielonym sari obrąbionej złotą lamówką,miała twarz o ciemnej karnacji, pełne czerwone wargi i czarne, długie włosy splecione w warkocz.. Jej ciemno zielone oczy patrzyły na niego. Sensory Dorna przekazywały wciąż nowe dane o jej budowie, lecz nie zważał na nie. Widział przed sobą, doskonale piękną dojrzałą kobietę. Jej ciało unosiło się nad ziemią a stopy muskały trawę.
- Witaj. Przybyszu – przerwała milczenie, lecz jej głosy nie słyszał dzięki sensorom. Rozbrzmiewał bezpośrednio w świadomości Earla Dorna.
- Bądź pozdrowiona Mandalo – Dorn użył syntezytera głosu. Mandala stanęła przy nim, wyciągnęła ku niemu dłoń. Cydroid drgnął, jego autonomiczny system chciał cofnąć maszynę krok wstecz. Dorn anulował polecenie i przejął pełną kontrolę nad ciałem. Kobieta wodziła dłonią po pancerzu twardszym od diamentu, muskała palcami po wypukłościach, kryjących bronie ofensywne zdolne rozpętać piekło.
Dorn czuł, jak jej świadomość przenika go na wskroś, przed jej mocą nie było ucieczki, lecz za mało w nim było z pierwotnej istoty by mogła przejąć na nim kontrolę wbrew jego woli. Mandala wchodziła w umysł przybysza, który nie próbował na razie, bronić jej dostępu. Jedyne, co zrobił to zablokował dostęp do niektórych danych strategicznych Imperium i kodów autodestrukcji floty Dorna.
Mandala wchłaniała wiedzę i świadomość tej zagadkowej istoty, której drobną manifestację miała przed sobą, zaskakujące połączenie siły i delikatności. Miała w sobie kopię umysłu Dorna z czasów jego pierwszego pobytu, porównała ją z tym, co udostępnił jej teraz. Poza nowymi bitwami i ćwiczeniami nic się nie zmieniło. Czuła do niego sympatię, może, dlatego, iż dogłębnie go poznała, całą przeszłość. Wzruszyły ją zwłaszcza wspomnienia z dzieciństwa, a szczególnie uczucie, jakie żywił do swej siostry.
Dorn śledził poczynania Mandali, gdy sięgnęła do jego wspomnień dotyczących siostry poczuł smutek i radość zarazem. Znów miał przed oczami obrazy, które głęboko w swej świadomości pogrzebał.
Nie miał najmniejszej ochoty na wyjazd z rodzicami i siostrą do opery na starodawne przedstawienie. Wolałby zostać i przeglądać archiwa pamięciowe domowej SI, którą nazywał, Fimmel bo czasami zachowywała się jak niespełna rozumu. Nikomu nie powiedział o wybrykach SI, traktował to jak swoją małą słodką tajemnicę. Zauważył, iż tylko w jego obecności pozwala sobie na takie zachowanie. Stał przed lustrem, w ciasnym pijącym pod pachami smokingu. Był zły na siebie. Wyglądał jak dziwoląg. Drzwi do jego pokoju otworzyły się i z impetem wtargnęła do niego matka w ciemnozielonej balowej sukni. Poprawiła niedbałym ruchem swą misterną fryzurę o naturalnej brązowej barwie. Utkwiła w nim spojrzenie swych zielonych oczu.
- Moje dziecko! – westchnęła - Jesteś już prawie mężczyzną! Pośpiesz się! Ojciec już czeka – dokończyła.
Pionowzlot ojca uniósł się w niebo z płaskiego dachu ich domu. O przednią szybę uderzały leniwie krople deszczu. Hesmes Dorn wyłączył autopilota, lubił sam kierować pojazdem, zwłaszcza tym najnowszym nabytkiem. Earl bezmyślnie patrzył na przesuwające się w dole budowle i inne pojazdy tonące w nocy i deszczu. Drażnił go zapach nowych perfum siostry.
- Dla kogo się tak polałaś? – spytał z drwiną w głosie.
- Nie dla ciebie. Skrzacie!- odpowiedź była szybka i celna.
- Nie gniewaj się – przepraszał. – Ale ten smród jest zabójczy.
- To nie oddychaj!
Julia wyciągnęła srebrny wachlarz, podarunek od ojca i zaczęła się wachlować. Ojciec roześmiał się. Matka zaczęła ich strofować. Earl siedział ze skwaszoną mina i puszczał jej słowa mimo uszu. Gdy mama skończyła Julia nachyliła się do niego i szepnęła.
- Nie martw się. Opera szybko się skończy a po niej pojedziemy na gwiezdne lądowisko. To niespodzianka! Zobaczysz prawdziwy lądownik Imperium. Statek macierzysty jest za duży i niezdolny do wylądowania na planecie. Na przedstawieniu może zobaczymy delegację ze statku. Są dziwni, spodobają ci się. Przypominają maszyny.
Chłopiec rozpromienił się, lekko uśmiechając się patrzył jak pojazd kierowany pewną ręką ojca szykuje się do podejścia na parking przed gmachem opery. Wyznaczony dla nich sektor błyskał ostrą zielenią. Earl patrzył na idących jasno oświetlonymi ulicami ludzi i osobników innych ras, rozpoznał Derydianina, smukłego Optotrola. Nagły błysk oślepił go. Nic nie słyszał. Nim zapadł w oślepiającą ciemność poczuł potworny wstrząs. Później analizując zapisy służb ochrony dowiedział się, iż eksplodowały wtedy też generatory napędy kilku innych pojazdów zgromadzonych na parkingu i unoszących się jeszcze w powietrzu. Żar trawił poszycia pojazdów, szczątki rozrzucone w koło raniły i zabijały przypadkowych przechodniów i udających się na przedstawienie. Kilkusetletnie drzewa płonęły. Earl leżał przygnieciony fragmentem dymiącego podwozia pionowzlotu. Gdy wróciła mu świadomość, nie odczuwał bólu, miał kłopoty ze wzrokiem, krew zalewała ocalałe oko. Wkoło niego szalał ogień. Nie słyszał wycie syren i ryku silników pojazdów ratunkowych. Widział tylko szczątki czegoś, co było jego ojcem, a teraz przypominało zwęglony, parujący kłąb szmat. Poczuł zapach palących się tworzyw sztucznych i pieczonego mięsa i coś, co przypominało zepsutą kanalizację. Mdliło go. Nim ponownie stracił przytomność dostrzegł leżącą koło jego twarzy okrągławą bryłę szarej, uzwojonej masy. Mózg, zbryzgany krwią i osoczem, nie większy od dwóch zwiniętych pięści. To był mózg jego matki. Nim ponownie zapadł w niebyt pomyślał o Julii Ostatnie, co ujrzał to ogrom lądownika górujący nad gmachem opery. Zamach został urządzony przez ekstremistów, określających się jako Bojownicy o Wolność. Ojciec kiedyś opowiedział, Earlowi co myśli o nich, gdy ten ujrzał na jego biurku materiały z pracy dotyczące nacjonalistów.
- To fanatycy! Myślą, że wrócimy do czasów, kiedy wierzyliśmy, iż we wszechświecie jesteśmy samotni. Patrz w gwiazdy. Roi się od życia. Tam są siły toczące walki ze sobą. My siedzimy w samym sercu Imperium i mamy odwrócić się od tego! Ci wariaci przypominają mi mrówki kąsające falę za to, że zalała im mrowisko. Tylko, że za tą falą nadciąga ocean.
Ból wszechwładny i wszechogarniający przenikał go. Rosnący w miejscach cięć biorobotów i tępy, rozlany w miejscach gdzie ubytki uzupełniono implantami. Gdy Earl obudził się pierwszy raz po wypadku zemdlał, porażony obrazem ze źle dostrojonego implantu wzrokowego.
Za drugim razem widział już lepiej, ciało nadal jednak nie było mu posłuszne. Nie za wiele miał do oglądania w obcym pokoju: ściany, sufit i roboty medyczne o dziwnie ludzkim wyglądzie. Głos SI kliniki matczynym głosem uspokajał go i koił ból dawkami stymulantów. Słyszał delikatny szum maszyn ukrytych w ścianach i sporadyczne odgłosy nieznanego pochodzenia dobiegające z korytarza, a także szczęk mechanizmów łóżka sterowanego przez SI kliniki. Czasem zapadał w nieświadomość, czasem świadomy był mocnych uścisków robotów masujących, myjących go. Czasem widział we śnie siostrę i czuł żal. Jednak któregoś razu obudził się w własnym łóżku. Miał przed oczami na suficie znajomy obraz projektora. Otchłań kosmiczna i przemierzający ją ogromny statek kosmiczny. Przypomniał sobie wszystko, a nawet więcej niż chciał i łzy popłynęły mu z oczu. Jak na jedenaście lat standartowych trochę za wcześnie zaczął taniec ze śmiercią. Zresztą na to zawsze jest za wcześnie. Gdy się uspokoił wyłączył projektor. Wstał z łóżka. Implant pamięciowy przekazał dane do świadomości. Earl Dorn stanął sparaliżowany. Z niedowierzaniem patrzył na dłonie i ręce powstałe w komorach namnażania. Jednak emocje były mniejsze niż się spodziewał. To kwestia hormonów, a tym się już zajęto zapewnił mnemochip. Ubrał się i zszedł na parter. Teraz wiedział, iż to nowe ciało nie było dziełem specjalistów Eminsteru, ale techników Imperium. Nie wiedział jeszcze czy im dziękować, czy ich przeklinać. I czym będzie im musiał zapłacić. Gdy stanął w holu zaskoczyła go jasność otwierającego się portera, przez który wkroczył twór przypominający skrzyżowanie owada z maszyną. Teraz dla odmiany zrobiło się ciemno. Fimmel włączyła górne oświetlenie holu. Dorn dokładnie mógł obejrzeć gościa. Nie bał się. Dzieciństwo w nim umarło.
Stał przed nim oficer medyczny ze statku Imperium. Gerichtseel unosił się nad podłogą ledwo ją muskając. Wokół niego unosiła się woń nieznanych spieków i tworzyw, dominował jednak zapach ozonu. Unoszące go dryfy mruczały na granicy słyszalności. Dorn patrzył na przybysza kojarzącego mu się z mrówką i modliszką zarazem. Powierzchnia jego ciała mieniła się metalicznie, różnymi barwami w zależności od kąta padania światła.
- Współczuję ci – Dorn usłyszał bezpłciowy głos istoty.
- Dlaczego, uratowaliście mnie?- spytał Dorn patrząc na podłogę.
- Przecież wiesz.
- Proszę powiedz. Chcę to usłyszeć.
- Ratowaliśmy tych, którym mogliśmy pomóc. Czuliśmy się zobowiązani. Zamach był skierowany na nas, ale to wy ucierpieliście. Zamachowcy nie przewidzieli, iż lądownik jest odporny na tak mało inwazyjną broń. W jakiś sposób jesteśmy im nawet wdzięczni. Mieliśmy możność wykryć dwa wyjątkowe umysły, bardzo rzadko spotykanej dla nas przydatności. Choć potrafimy konfigurować i tworzyć najróżniejsze kombinacje połączeń neurosynaptycznych to musielibyśmy czekać miliony lat na taką kombinację jak twoja i Julii. Przeprowadziliśmy skan całej planety tylko ty i siostra jesteście dla nas przydatni. Tak naprawdę to tylko ty. Twoja siostra jest w stanie, na który nawet my nie potrafimy zaradzić. Po przejściu odpowiedniego szkolenia staniesz się jednym z nas.
Dorn bez emocji przyjął, to, co już wiedział dzięki implantowi. Czy się upodobnię do ciebie?- pomyślał. zawsze pragnąłem ruszyć w galaktykę, ale nie tak, nie tak miało być.
- Zrób coś dla mnie – poprosił.
- Tak!
- Zostaw mnie samego.
Po odejściu gościa, chłopiec położył się na kamiennej podłodze i zwinął w kłębek. Fimmel włączyła ogrzewanie podłogowe i wysłała do niego pokojówkę. Ta okryła go kocem i zaczęła opowiadać bajkę.
Gdy doszedł do siebie poprosił Fimmel, by powiedziała gdzie jest siostra. Po czym udał się tam. Bioroboty o niewielkiej autonomii wyglądające jak nianie w białych fartuszkach i niebieskich bluzeczkach sterowane przez Fimmel zajęte były kapaniem nieprzytomnej Julii w basenie. Kiedyś, gdy był mniejszy sądził, że są prawdziwymi kobietami, lecz Fimmel wyprowadziła go z błędu. Chociaż tak bardzo się nie różniły. Cztery rozebrane nianie myły Julię w basenie. Jej długie jasnoblond włosy falowały na wodzie. Wąż respiratora wystawał jej z ust. Nianie masowały jej ciało wprawnymi ruchami. Bioroboty wyszły z wody i osuszyły siebie i Julię strumieniem gorącego powietrza. Są takie ludzkie- pomyślał patrząc jak wykonują rutynowe czynności. Julia została ułożona w polu generatora dostarczonego ze statku Imperium. Nie groziły już jej odleżyny, odparzenia. Została podłączona do zestawu monitorującego Fimmel. Drobne czyściciele zaczęły swą wędrówkę w poszukiwaniu łuszczącego się naskórka i kropel potu. Julia żyła dzięki maszynom, ich odłączenie spowoduje śmierć. Żyje, lecz nawet najdoskonalsza medycyna Imperium nie potrafiła przywrócić do poprzedniego stanu. Jest nieprzytomna, zawieszona między życiem a śmiercią. Fimmel kilkakrotnie już pytała czy odłączyć ją od urządzeń podtrzymujących życie. Dorn sprzeciwił się.
- Chcę by żyła – mówił do SI.
- Czy to jest życie? – ripostowała Fimmel – Ona nigdy się nie obudzi. Mózg wykazuje zerową aktywność. Jej ciało prawie wcale nie ucierpiało, umysł uciekł w niebyt.
- Gerichtseel twierdzi, iż jej świadomość trwa. Potrzebuje tylko czasu i motywacji. Masz jej nie odłączać, będziesz się nią opiekować. Czytaj na głos książki, które najbardziej lubiła.
- Dorn. Mój chłopcze, jesteś okrutny – powiedziała lekko zachrypniętym głosem matki Fimmel.
- Nie rób tego więcej! - krzyknął – Nie waż się używać tego głosu.
- Jesteś okrutny wobec mnie. Każesz tu zostać, a sam odchodzisz. Jak myślisz jak długo mogę na ciebie czekać? Ranisz moje uczucia. Z kim będę rozmawiać, przekomarzać się. Pamiętasz nasze igraszki, jak zabawiałam cię pod postacią niani. Odejdziesz i nie wrócisz.
- Wrócę, kiedyś wrócę z lekarstwem dla Julii.
- Gdybyście mnie oddawali do przeglądu, jak pisze w instrukcji, nie miałbyś problemu z maszyną z uczuciami. Takie zbędne funkcje wykasowano by i teraz nie cierpiałabym.
- Droga Fimmel. Ja wrócę. A myśl, że ktoś tu na mnie czeka pomoże przetrwać trudne chwile. Wrócę tu nie tylko ze względu na siostrę, ale i na ciebie. Jeśli zginę otrzymasz dalsze dyspozycje, co do postępowania z siostrą i majątkiem.
Gdy tak ze sobą rozmawiali, Julia unosiła się w polu regulującym jej funkcje życiowe. Na twarzy miała łagodny uśmiech.
Dorn patrzył w morze, fale przypływu powoli pochłaniały plażę. Woda podchodziła do jego stóp. Miał przed sobą decyzję swego życia. Zostać czy odlecieć wraz krążownikiem. Dam w górze czekają niezliczone światy do poznania. Jeśli przeżyje szkolenie, jeśli nie to jego kopie ruszą w przestrzeń. - Czy tego chcę? – pytał sam siebie. Tam gdzieś jest lekarstwo dla siostry. Jeśli zginę to cóż, i tak trzeba umrzeć. Wziął do ręki ciemnozielony kamyk, nakrapiany bordowymi plamkami i przetykany białymi smugami wapienia, czuł jego ciężar, gładkość. Włożył do kieszeni. Na pamiątkę.
- Co się potem stało? – spytała Mandala, ze smutkiem w głosie.
- Wróciłem po wielu latach. Szedłem do domu kamienistą plażą, dotykałem mokrych kamieni i deptałem stopami długie wici glonów. Szum morza uspokajał mnie. Przypominał o szczęśliwym dzieciństwie. Byłem już jednak kimś innym, bardziej przypominałem oficera medycznego Imperium niż istotę, którą byłem. Wróciło wspomnienie dziecięcego marzenia o byciu dowódcą gwiezdnego statku. Zrozumiałem jak bardzo było infantylne, naiwne i takie niewinne. Teraz miałem wiedzę zdobytą na polach bitew i implantowaną, przekonałem się jak niewiele lub wcale jest to związane z przyjemnością. Droga, którą obrałem unieszczęśliwiła mnie. Czasem żałowałem, iż nie zostałem na Eminsterze. Imperium mogło sobie wziąć kopię mego umysłu i mózgu. Pragnąłem zwyczajnego życia, od którego uciekłem. Jednak wiedziałem, że kiedyś przeklinałbym siebie, że nie skorzystałem z szansy, jaką dała Armia. Niszczyciel Traum, którego byłem dowódcą czekał na orbicie, gotowy zabrać mnie w każdej chwili. Towarzyszył mi tylko Sinn, unosił się za mną w powietrzu i podążał krok w krok. Kolczasty twór był większy ode mnie, igły absorberów i czujników drgały badawczo. Był inteligentnym dziełem jednej ze starych cywilizacji, która przeżyła eksterminacje z czasów pierwszego Imperium, dzięki bytności na odległych peryferii jednego z ramion spiralnych galaktyki. Tam Imperium nie dotarło. Ja tak. Szedłem wąską ścieżką w stronę domu, gdy stwierdziłem istnienie datasfery odmiennej od tej, którą zostawiłem. Fimmel już nie było. Na jej miejscu bytowała standardowa SI, którą wyłączyłem. Przejąłem jej dane. Fimmel jeszcze długo sprawnie funkcjonowała, jednak jej osobowość uległa rozpadowi. Autonomiczny system kontrolny zgłosił usterkę do serwisu. Wymieniono bloki jaźni, podzespoły pamięciowe i tak Fimmel umarła. Gdy znalazłem się w holu stwierdziłem brak zmian, wszystko było jak dawniej. Unosząc się na dryfach udałem się do siostry. Sinn brzęcząc niczym rój rozgniewanych os podążał za mną. Siostra spoczywała w stanie, w jakim ją zostawiłem. Generator pola wykazywał oznaki zużycia. Jeszcze parę lat standartowych i przestałby działać. Patrzyłem na istotę, którą kochałem, była ostatnim ogniwem łańcucha prowadzącego w przeszłość. Odwróciłem się, do Sinna. Ten przysunął się do pola, w którym spoczywała Julia. Rozłożył się na dwie połówki niczym skorupa małża. Wnętrze wyścielone było milionami bladoróżowych mikrowłókien, falowały oczekująco. Włożyłem do wnętrza Sinna Julię. Pamiętam do tej pory jej ciężar, dotyk jej ciała. Sinn przyjął ją, mikrowłókna wniknęły w jej ciało. Sinn będzie ją utrzymywał przy życiu całe tysiąclecia, aż obudzi się, jego rola polega na powolnym przywracaniu do istnienia. Potrzebuje tylko czasu. Patrzyłem na Sinna i wiedziałem, iż któregoś dnia obudzi się i ja będę o tym wiedział. Gdy tak się stanie Sinn obumrze, wcześniej jednak poinstruuje ją jak ma korzystać z jego zasobów pamięci i części. Gdy się obudzi nie będzie pozostawiona sama sobie. Opuściłem dom, umieściłem Sinna nad powierzchnią morza otoczonego polem maskującym. Gdy przyjdzie czas, uda się nad ląd wybierze miejsce i uwolni Julię. Gdy wchodziłem w ekran przekażnika ostatnie, co widziałem to dom nad wysokim brzegiem morza. Zaczął padać deszcz.
Mandala nie słuchała jego słów widziała i czuła nim samym.
Minęły setki lat. Cywilizacja upadła, orbitalne miasta uległy zagładzie. Miasta wymarły a ludność przetrzebiona głodem i chorobami zapomniała o przeszłości. Najnowszym krzykiem techniki były łuk i strzały. Sinn oszczędzał energię, nawet on nie sądził, iż tak długo to potrwa, nim poczuje oznaki nadchodzącego przebudzenia. Wyłączył pole maskujące i podążył nad ląd. Wybrał miejsce na leśnej polanie, w jego bezpośrednim sąsiedztwie założyło swą siedzibę plemię, klan składający się z kilkudziesięciu wynędzniałych osób od dzieci do starców. Oddawali cześć Sinnowi, od czasu jak spalił dwóch, którzy próbowali oderwać jeden z jego kolców absorbera. Dziwiło ich to, że tkwi na wysokość najwyższego członka plemienia w powietrzu niczym nie podtrzymywany. Uratował ich, gdy zostali napadnięci przez liczniejsze plemię paląc ich ogniem emitera mikrofal. Następne pokolenie nie bało się już jego, traktowali jego obecność jako coś oczywistego i niezmiennego. Któregoś dnia, gdy odbywała się orgia połączona z ucztą, w której uczestniczyło kilka innych zaprzyjaźnionych plemion Sinn opadł na powierzchnię polany, która stała się w międzyczasie centrum osady. Tańce i śpiewy ucichły. Sinn przemówił do nich w ich języku i otworzył się. Ze środka w blasku oślepiającego różowego światła wyszła kobieta. Rozłożyła szeroko ręce a lud oddał jej boską cześć. Choć Sinn umarł, to, co było w nim nieorganiczne służyło jej nadal.
- Jak to się skończyło? – Mandala spytała, mimo, że znała zakończenie.
- Dożyła późnej starości, miała wiele dzieci i wnuków. Zjednoczyła wiele plemion. Stałą się zalążkiem przyszłego odrodzenia. Umarła otoczona miłością swego ludu. Pragnę wierzyć, że była szczęśliwa.
- A ty, jesteś szczęśliwy?
Earl Dorn nie odpowiedział. Połączenie empatyczne zostało zerwane.
Mandala zmieniła otoczenie. Dorn unosił się w polu dryfowym nad lasem deszczowym, w dole srebrzyły się nici rzek, ogromne połacie dżungli skrywała mgła.
Mandala zaś wchłaniała obrazy gwiezdnych otchłani, bitew i rzezi, w jakich uczestniczył Dorn. Była pełna zdziwienia jak mało obywatele Imperium, urzędnicy, politycy i inni, których kopie świadomości miała w sobie wiedzieli o zbrojnym ramieniu Imperium. Sile, którą stworzyli, by ich broniła przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym. Wiedzieli tylko tyle na ile Armia im pozwalała, ta stała się samoistnym tworem o autonomicznych celach. Zlikwidowała zabezpieczenia mające zapobiec buntowi przeciw prawowitej władzy. Lecz nie buntowała się. Armia potrzebowała Imperium jako źródła bioróżnorodności genetycznej. Mandala przez chwilę otarła o dane chronione „czarnym lodem”,próbowała przeniknąć jego mroki, ale Dorn odrzucił ją od siebie.
- Jesteś silny! – przekazała mu feerią barw na niebie. Cydroid rozjarzył się uaktywnionym polem siłowym. Cząstki powietrza stykając się z polem jonizowały, tworząc ognistą kulę plazmy, unoszącą się nad dżunglą. Mandala nie zmieniła postaci, stała się tylko bardziej przejrzysta. Ogień zgasł, gdy pole opadło. Trzy pary ramion Dorna falowały w powietrzu symulując ruch skrzydeł motyla. Ostrza na końcach jego palców wysuwały i chowały się.
- Jesteś na mnie zły! – bardziej stwierdziła niż spytała. – Jesteś do mnie taki podobny. Ja jestem samotna, mimo, iż jest we mnie tak wielu tych, którzy kiedykolwiek mnie odwiedzili. Ty jesteś samotny, mimo, iż tak wiele twych kopii krąży po galaktyce.
- Tak, jestem kopią. Jest nas wielu. Oryginalny umysł znajduje się na Sacriversum. Gdy zachodzi potrzeba Armia tworzy kolejną kopię. Ten umysł stanowi potencjał możliwości jedyny w swoim rodzaju. Z punktu widzenia Armii potrafimy wybrać najbardziej optymalną w danych warunkach decyzję. Jestem jednak zarazem kopią jak i oryginałem, mam wspomnienia oryginału, lecz doświadczenia i koleje losu każdego z Dornów są inne. Jestem Earl Dorn 2067,rodzaj III. Dorn 9000, tego samego rodzaju w obliczu tego samego wydarzenia może podjąć odmienną, niż ja decyzję w efekcie będzie jednak najwłaściwszą.
- Czy teraz czujesz więź z innymi Dornami?-Spytała obracając się powoli w powietrzu. Wiatr delikatnie rozwiewał rozpuszczone teraz włosy i luźną szatę.
- Tylko czasem czuję ich obecność, ale to bardzo ulotne odczucie. Przez wieki Armia tworzyła i szkoliła nas. Czasem mam jednak wrażenie zespolenia z Dornem, który dopiero powstanie, a ja konam w raz z nim, w zdradliwym kolapsie grawitacyjnym. Jego i moja śmierć rozciąga się na miliony lat. Ty zaś uczestniczysz w życiu miliardów istnień, które w tobie znalazły schronienie.
- Tak. Jam jest samsarą i nirwaną w jednym. Moi twórcy wierzyli w wieczne koło życia, ale by mieć pewność stworzyli mnie. Wszyscy oni we mnie trwają. Pragnęli szczęścia, tylko, kto mnie uczyni szczęśliwą?
- Przybyłem by dać ci to, czego pragniesz - powiedział Dorn. Opadł wraz z Mandalą na pustynię, zaczerpnął w dłoń piach.
- Możesz mi to dać? - spytała z rozbawieniem na twarzy.
- Mogę cię też zabrać! - powiedział cicho. Mandala roześmiała się powietrze też chichotało, cała planeta się śmiała, jak z dobrego żartu.
- Aniele Śmierci! Przybyłeś mnie zabić.Wiem, że potrafisz to zrobić.-Pragniesz mojej śmierci,a na dodatek ja też jej pragnę.Twoje pragnienie ma coś wspólnego ze Schmerzem? Czyż nie?- w głosie Mandali przebijał smutek.
- On sam wybrał swój los. Nie mogłeś nic na to poradzić. A wbrew jego woli nie zabierzesz go, bo ci na to nie pozwolę. Mandala przybrała postać Kali Durgi, wojowniczki o sześciu ramionach i wieńcem czaszek u pasa. Miecze błyszczały złowrogo w jej dłoniach.
- Wiesz, nie zdecydowałem jeszcze, co z tobą uczynię-powiedział Dorn patrząc jak ponownie zmieniło się otoczenie. Teraz stał u podstawy potężnego drzewa, a z jego gałęzi i innych drzew opadały liany. Niebo było niewidoczne, oddzielone od Dorna koronami drzew, wśród których kwitło bujne życie zwierzęce i roślinne. Cydroid wchłaniał ten świat całym swym jestestwem.
- Poza mną i tobą,tak naprawdę niema już nikogo w mym świecie. Wszystko to jest mną i ja jestem tym wszystkim.-mówiąc to przeistaczała się, przybierając formy i kształty szybciej niż Dorn mógł zarejestrować.
- Wszystkim stwarzam światy, w których pragną żyć. Tylko ja jestem skazana na samą siebie-w głosie Mandali przebijała skarga. Znów byłą delikatną kobietą, tym razem w pomarańczowym sari.
- Jesteś więżniem i nie możesz odejść stąd.-Dorn współczuł tej istocie. Równa starym bogom, a zarazem gorsza od nich.-Dlaczego nie możesz odejść? Chcę cię zabrać.-kusił ją.
- Mój drogi morderco światów, we mnie są moi twórcy, wszystkich, którzy tu byli kopie umysłów. Także skłamałam mówiąc, że jest tu tylko nas dwoje. Są całe miliony. Są mną, a ja nimi. Gdy odejdę, obumrą, lecz będzie to następować powoli. Ból będzie ich prześladował, nim przestaną istnieć oszaleją w chaosie, jaki nastanie. Są też tacy jak Schmerz, którzy zostali, nie opuścili mnie i trwają we mnie, w wiecznym kole życia.
- Czym jest teraz Schmerz?
- Chcesz to wiedzieć?
- Tak. - Dorn usłyszał skrzek jakiegoś zwierzęcia. Otoczenie zmieniło się, dżunglę zastąpił brzozowy gaik, w oddali szemrał strumyk. Mandala stała oparta o starą, wysoką brzozę o rozłożystych konarach. Cydroid zbliżył się do niej. Spojrzał, gdzie wskazała mu dłonią. Widział drgające w agonii czworonożne zwierzę.
- Tym jest teraz Schmerz –stwierdziła Mandala.
Dorn przeskanował podobne do sarny zwierzę konające w wyniku upływu krwi z otwartych ran, zadanych przez jakiegoś drapieżnika. Zostało zaatakowane całkiem niedawno.
Dorn wspomniał, jak w czasie ostatniej tu bytności, dokonał przeobrażenia. Stał się wtedy drzewem, i był wtedy szczęśliwy. Pamiętał całe to życie, od żołędzia aż po śmierć w straszliwym pożarze. Obudził się potem na polanie, a obręcz na nadgarstku wibrowała. Statek przyzywał na pokład. Schmerz został, zdjął obręcz identyfikacyjną i pogrążył się w nirwanie.
Dorn odwrócił się od padliny.
- Schmerz przybierał wiele postaci. - mówiąc to Mandala uśmiechała się smutno. - Stawał się jastrzębiem, drzewem i wieloma innymi istotami. Teraz przybierze formę kamienia, może w niej znajdzie szczęście. W odróżnieniu od ciebie nie chciał być Niszczycielem Światów. Dawcą Śmierci.
- Zatem ja jestem Dawcą Śmierci?
- Tak. Zabijesz mnie i wszystko, co mam w sobie,a najciekawsze jest to, iż ja pragnę szybkiej, bezbolesnej śmierci.
- Ja też cierpię!
- A, kto pyta kata, o jego cierpienie? Czy tak źle ci, być bogiem śmierci?
Brzozy znikły, pojawiła się pustynia. Lokalne słońce zachodziło na horyzoncie w krwistoczerwonej poświacie. Wiatr zawodził smutną pieśń bez słów.
- Nawet nie wiesz, jaka to udręka być takim bogiem-powiedział Dorn bardziej do siebie niż Mandali.
Drobiny piasku odbijały się bezsilnie od pancerza cydroida. Gdyby miały miliony lat przed sobą to może wyszlifowałyby go do połysku. Dorn zamyślił się nad sobą i tym, co ma uczynić. System Gestalt oprócz Mandali, miał trzy planety obfitujące w rudy i materiały potrzebne tak Imperium jak i jego przeciwnikom. Sama Mandala mogła ugościć zmęczone załogi flot Federacji i Stowarzyszenia, które nie bazowały, na tak daleko posuniętej automatyzacji sił zbrojnych, jak Imperium. Nie miała żadnych instalacji militarnych. Mandala była też słynną na całą galaktykę ciekawostką turystyczno-religijną, była jedynym rzeczywistym bogiem, cóż z tego, że syntetycznym. Każdy za odpowiednią opłatą mógł zakosztować nirwany, zjednoczenia z bogiem, wejść w cykl samsary. Kreatorzy Mandali wyposażyli ją w systemy ingerujące w samą strukturę materii. Dzięki nim mogła tworzyć rzeczywiste światy dla każdego na poziomie hiperstrun i szesnastowymiarowej przestrzeni. Mandala kreowała światy na podstawie najskrytszych pragnień swych gości. Dorn widział tylko drobny ułamek jej możliwości. Przy całej swej potędze była jednak więżniem. Dla wielu turystów jej podprogramy wykonawcze wystarczały, by zaspokoić ich niewyszukane gusta. Tylko Ameise angażowała więcej intelektu Mandali. To, co przyciągało turystów to pełna realność doznań. Choć nie chcieli wierzyć, iż Mandala kreuje z hiperstrun czterowymiarową przestrzeń. Żadna holokabina, rzeczywistość wirtualna najpotężniejszych SI, nie mogła się równać z Mandalą. Nieszczęściem Mandali stało się to, iż wszystko pamięta, tego jej Dorn nie zazdrościł. Gdy żyje się wystarczająco długo, nic już nie cieszy, nic nie zaskakuje. Intelekt się nudzi, a świadomość zaczyna pragnąć śmierci. Boskość staje się przekleństwem. Mandala stała się smutną i zmęczoną istotą i tylko w jeden sposób można jej było pomóc.
Pustynia przeistoczyła się w ocean. Dorn unosił się nad falami, pod powierzchnią wody przemykały ryby o lśniących grzbietach. Powietrze przesycone było solą i wilgocią. Krajobraz uległ gwałtownej przemianie, teraz stał na małej wulkanicznej wysepce. Zapadał się w drobny, czarny wulkaniczny pył. Dryfy uniosły go w powietrze. Nieopodal stożek krateru dymił lekko, ziemia drżała. Ciągły pomruk wulkanu rozchodził się wkoło. Mandala patrzyła z zagadkowym uśmiechem na twór Imperium unoszący się naprzeciw niej. Wierzyła, iż ją rozumie i da to, czego pragnie.
- Zrób to, po co przybyłeś - zażądała.
Dorn wyciągnął najmniejszą prawą rękę, trzymał w niej czarny pierścień. Mandala wyciągnęła swą prawą dłoń i zmieniła otoczenie. Stali teraz oboje na małej leśnej polance pod starym dębem.
- To miejsce lepiej pasuje, do takiej ceremonii - powiedziała uśmiechając się z przekąsem. Dorn włożył jej pierścień na serdeczny palec, przez chwilę był zbyt luźny, lecz dopasował się. Teraz nawet Mandala nie potrafiłaby go zdjąć.
- Wiesz, boję się śmierci-głos Mandali drżał z przejęcia.-Tak dawno nie odczuwałam emocji!
- Żegnaj Mandalo! Ciesz się życiem!- krzyknął i uniósł się nad polaną. Otworzył portal, znalazł się na mostku dowodzenia swego statku. Przejął kontrolę nad statkiem i wydał polecenie opuszczenia systemu Gestalt po umieszczeniu min na wyznaczonym miejscu. Opuścił ciało cydroida, i wszedł w swe stare zmęczone, właściwe ciało dowódcy floty Imperium.
Stawiacz min wystrzelił ku słońcu Gestalt trzy pociski, chronione wielowarstwowymi polami siłowymi. Weszły na orbitę synchroniczną wewnątrz, chromosfery gwiazdy. Teraz będą czekać na sygnał z pierścienia na palcu Mandali lub z sond na granicy systemu Gestalt.
W drugim przypadku, odczekają aż flota przeciwnika rozmieści swe siły i zajmie pozycje na orbitach planet systemu. Wtedy nastąpi zapłon destabilizujący gwiazdę. Rozpęta się nuklearny sztorm. Gwiazda wejdzie w fazę wymuszonej supernowej, co wysterylizuje cały układ. Życzeniu Mandali stanie się zadość. Umrze szybko i bezboleśnie, czy będzie tego chciała czy nie. To, iż pragnęła śmierci wynikało z niemożności wyboru swego losu. Teraz ma wybór i zapragnie żyć. Dorn nie odczuwał przyjemności w odbieraniu życia, zaś odbieranie je komuś, kto jej pragnie wzbudzało zawsze w nim niesmak
Dorn zebrał swą flotę i skierował się do ustalonego wcześniej punktu zbornego. Wchodząc w stan stazy czuł leciutkie zadowolenie.
Na rozstaju dróg stała kobieta w pomarańczowym sari i patrzyła na śmierć na swym palcu. Dawno zapomniane emocje targały nią.
- Niech cię diabli wezmą, Dorn! Niech cię diabli!-krzyczała.
unimatryca2009
środa, 8 kwietnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz