„Rozpoczął wojnę bezbożną w Niebiosach,
Przeciw tronowi i królestwu Boga
Bój tocząc próżny. Moc najwyższa wówczas
W dół go strąciła i runął płonący
W bezdenną zgubę żaru i ruiny
Ohydnej, aby tam zostać w okowach”
John Milton, „Raj utracony”,
w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego
WL, Kraków 1986r.
٭
W bezwymiarze i bezczasie tkwi pęcherz czterowymiarowej przestrzeni, otoczony polami mocy wytwarzanymi przez osnowę wszechświata. Wewnątrz niego wiruje wypalone jądro gwiazdy. Żaden promień światła nie pada na jej powierzchnię. Zresztą, istocie tam uwięzionej światło nie jest potrzebne, aby widzieć. Na biegunie tejże gwiazdy wzniesiono wysoki obelisk, do jego ściany przybito zmiennokształtną istotę. Obelisk nie służy tylko jako miejsce kaźni, zmusza istotę do utrzymywania humanoidalnej postaci. Nie pozwala uciec, wsącza w jej umysł ból. Szepcze słowa mające upokorzyć. Jest uduchowioną maszyną spełniającą wolę swego pana – Jahwe. Nikt oprócz niego nie zna drogi, ani sposobu dotarcia do tego miejsca i czasu, co jest równie ważne, a może najistotniejsze. Czasami się pojawia przed obeliskiem, aby napawać się cierpieniem swego wroga. Wielu przyjaciół i zwolenników więźnia przemierza w poszukiwaniu miejsca jego pobytu wszerz i wzdłuż galaktyki, najdalsze otchłanie, sięgają poza wymiary, lecz drogi nie znajdują. Jednak nie zaprzestali, wciąż szukają. Wciąż mają nadzieję. Gdy Jahwe staje przed obeliskiem, nie czuje triumfu, to uczucie już przeminęło. Czasem jednak obawa ściska jego umysł, gdy uwięziony napina się w daremnym wysiłku zerwania okowów. Obok Boga stoją Michał i Gabriel. Przez wzgląd na nich nie okazuje swej słabości, lęk trzyma głęboko na dnie swej świadomości. Zwyciężył Lucyfera w przeszłości, zwycięży i w przyszłości. Wie jednak, że nadejdzie czas, gdy skazaniec uwolni się. Mimo energii tak nie przebranej go pętającej. Okowy i gwoździe jarzą się jadowitym blaskiem, tym jaskrawszym im mocniej więzień na nie napiera. Ale jeszcze nie puszczają, jeszcze nie dziś. Lucyfer przestaje prężyć się w okowach. Pęta ciemnieją. Tylko ból wykrzywia szlachetną twarz równego Bogu.
Jahwe wchodzi w umysł wroga, oszalały od cierpienia. Jednak tam na dnie umysłu jest niezniszczalne ziarno woli, której nie potrafi złamać. Jej się obawia. Udręczona istota śni. A sny napawają Boga strachem.
٭
Mrok przed obeliskiem rozświetlają jarzące się postacie Boga i jego dwóch zaufanych dowódców: Michała i Gabriela, którzy są zajęci przybijaniem do twardej powierzchni obelisku ciała Lucyfera. Bóg nie kala się brudną robotą. Zostawia to innym. Kieruje mocą obelisku, przekazuje jego świadomości ostatnie instrukcje. Gwóźdź wchodzi w nadgarstek. Lucyfer wyje, rzuca bluźnierstwa. Utracił godność w bitwie pod Gehenną. Jest teraz bezsilny, ale nie pokorny. Czuje ból, ale w oczach ma obrazy triumfu. Miliony wznosiły ostrza w jego imieniu, miliardy go czciły i czczą nadal. Widział armię, której nie powstydziłby się Bóg. Poprowadził ją do boju i przegrał. Ból rozdarł jego umysł, gdy gwóźdź przeniknął stopy i zespolił się w jedno z materią obelisku. Spętany roześmiał się nagle w twarz Michałowi.
- Bracie! Lubisz być sługą!? – krzyknął z mocą, a od potęgi jego głosu istoty słabsze od archaniołów umarłyby.
Michał nie odpowiedział, Lucyfer wiedział, że trafił w czułe miejsce.
- Zawsze będziesz tylko sługą – szepnął, lecz Michał, Gabriel i Bóg słyszeli dobrze jego słowa.
Gdy Gabriel nakładał koronę cierniową wzmacniacza bólu ten spojrzał w oczy archaniołowi.
- Och, Gabrielu, bracie mój. Pamiętasz czasy naszej młodości? Pamiętasz świat, który stworzyłem? Cudowny świat, bez bólu i cierpienia, bez starości i umierania. Zapełniały go szczęśliwe istoty. Jahwe z zazdrości, zniszczył go. Bo ten świat nie potrzebował Boga, bo nie wpoiłem im potrzeby czczenia ich stwórcy. Zaiste, zawistny zawsze był. Gabrielu! Żal mi ciebie – głowa Lucyfera opadła na pierś bezprzytomna.
Gabriel ujął ją w dłonie i szepnął, nie przejmując się obecnością Michała i Jahwe.
- Wybacz bracie.
Ciało Lucyfera nagle wyprężyło się w pętach, głowa uniosła się ku mrocznemu niebu i potężny głos wydarł się z ust skazańca.
- Bądź po trzykroć przeklęty Jahwe! Nadejdzie dzień, mój dzień. Zasiądę na tronie, na górze Saponie! Wtedy ja będę Bogiem, a ty wrócisz do imienia, którego nikt nie zna!
٭
Pulsujący ból nagle przeminął, korona cierniowa w kawałkach odpadła od głowy Lucyfera zerwana potężnym pociągnięciem przez istotę, której powracający do przytomności Lucyfer nie poznawał. W chwilach świadomości czuł jak ktoś mocuje się z pieczęcią na gwoździu pętającym lewy nadgarstek. Znowu zapadł w niebyt. Powrót, odpada gwóźdź trzymający stopy. Niebyt. Powrót. Czuje jak ktoś go zarzucił sobie na ramie, jakby był workiem mąki.
Obelisk wzywa swego pana i próbuje zatrzymać intruza. Lucyfer chce powiedzieć wybawcy, kimkolwiek jest by się śpieszył, Bóg może w każdej chwili wrócić. Nie ma jednak siły otworzyć ust. Ma jednak jej dość, aby zacząć się śmiać. Gdy nieznajomy otwiera przejście między wymiarami zapada w niebyt.
Lucyfer zawył budząc się. Przez chwilę bał się, iż to znowu złudne wizje. Widząc ogromne kryształowe belki, wspierające lodowy sufit, nabrał pewności, iż naprawdę jest już wolny, może nie na długo, ale chociaż przez chwilę. Słoneczne światło przenikało ściany jego komnaty, skrząc i mieniąc się migotliwie. Królestwo Odyna. Poznał wnętrze komnaty z prawego skrzydła Asgardu, Walhalli, komnaty, w której nocował, gdy był w gościnie u boskiego władcy ludów Północy. To było jego ulubione skrzydło zimne i lodowate, jak Nilflhell. Inne skrzydła Asgardu były bardziej tradycyjnie zbudowane, kamienne bloki i drewno, ogromne paleniska z wiecznie płonącym ogniem, ściany z belek drewnianych obwieszone były skórami i bronią. Sama zaś siedziba Asów mieściła się w koronie drzewa świata Yadgrassil, ze światem ludzi łączył ją most Bifrost. Nie czuł zimna ani ciepła. Wspomnienie kaźni bladło w jego umyśle. To już przeszłość. Wieczność choćby najdłuższa, to, gdy minie, jest ledwo słabym błyskiem chwili. Odrzucił wilcze skóry, którymi był przykryty. Wstał i przyjrzał się dłoniom i stopom. Zostały blizny, jasnosrebrzyste. Zmieniał wielokrotnie postać, stawał się smokiem, bluszczem, człowiekiem, lecz blizny nie ustępowały, pomimo wielkiej zdolności nawet jak na istotę wyższą do regeneracji i odtwarzania utraconych części ciała. – Tak naprawdę te blizny są w mym umyśle – pomyślał – To stamtąd muszę się ich pozbyć.
W ogromnej sali tronowej Odyna, głośno ucztowali przy suto zastawionym długim stole Einherjowie, wojownicy polegli w bitwie. Ogień płonął na palenisku pośrodku pomieszczenia. Nad paleniskiem stał kociołek na trzech nóżkach, jego zawartość dziczyzna bulgotała. Nie był to zwyczajny kociołek, służył nie tylko do gotowania strawy, ale także do wskrzeszania zabitych wojowników. Wojownicy śmiali się gromko i rozmawiali głośno, śpiewali i wznosili toasty miodem, Heidrunem. Lucyfer usiadł pomiędzy potężnymi wojownikami o długich jasnych włosach i niebieskich oczach. Zdawali się być braćmi tak byli do siebie podobni. Pił i jadł, nie żałując sobie, lubił zwykłe śmiertelne przyjemności. Wiedział, że wybawca sam przyjdzie do niego. Tron u początku stołu był pusty, czekał na swego pana. „Co może Odyn chcieć ode mnie? Dlaczego uwolnił z Sheolu? Czemu narażał się Jahwe?” – myślał.
Przy stole zrobiło się pusto, wojownicy rozwiali się niczym pasma mgły pchnięte wiatrem. Lucyfer został sam, ogień głośno trzaskał w palenisku, a na tronie pojawiła się postać władcy Walhalli. Ogromna, przy tym szczupła postać w kapeluszu filcowym z szerokim rondem na głowie, miejsce po lewym oku skrywała skórzana czarna opaska z srebrnym ćwiekiem, tam gdzie można by się spodziewać źrenicy. Miał krótka posiwiałą brodę. Lewa dłoń opierał na sękatym kosturze otoczonym leciutką niebieskawą poświatą. Kostur wędrowca, kryjący moc niszczenia. Odyn przemierzał światy pod postacią starca z kosturem. Mądrość cenił nade wszystko, poświęcił swe oko, i wisiał głową w dół przez czterdzieści dni na gałęzi drzewa Yadgrasill, aby ją zdobyć. Przebywał między śmiertelnymi dzieląc ich radości i smutki. Czasem pomagał, często nauczał. Lucyfer lekko zmodyfikował swa postać, uczynił się na podobieństwo Odyna, lecz dużo młodszym i z blizną na policzku. Rzucił kość, którą obgryzał za siebie psom, ta z głośnym stukiem odbiła się od podłogi. Wstał. Psy warczały walcząc o prawo do gnata.
- Witaj szlachetny Odynie. Dziękuję za ocalenie – mówiąc te słowa lekko się skłonił.
- Przyjmuje twe słowa. Podziękowania należą się jednak nie mnie, lecz Lokiemu. On to, bowiem wykradł klucz do Sheolu.
- Co w zamian oczekujesz? – Lucyfer usiadł z powrotem na ławie, ukroił z półmiska kawał dziczyzny. Ogryzał małe kawałki mięsa i długo je żuł. Zapadło milczenie, słychać było tylko chrzęst łamanej kości, jeden z psów oddawał się swemu ulubionemu zajęciu.
- Dlaczego mnie uwolniono?
Odyn milczał dłuższą chwilę, po czym rzekł – Udasz się ze mną na spotkanie z bogami. Tam zostaniesz o wszystkim powiadomiony.
- A jeśli nie zechcę?
- Ma moc na razie skrywa cię przed okiem Jahwe. A i to tylko do czasu.
- Rozumiem. Racz spełnić tylko mą prośbę?
- Zależy jaka będzie. Mów!
- Muszę udać się do świata, który kiedyś pozostawiłem bez opieki. Sam.
- Wiedz, że i ja cię rozumiem. Idź, zatem i wracaj. Czekam tu na ciebie. Jeśli jednak nie wrócisz...– wymownym gestem kostura dokończył zdanie.
Odchodząc Lucyfer skłonił się i wyszedł z komnaty. Przemierzał ogromne korytarze zmierzając ku zewnętrznej ścianie muru pałacu. W szalejącym lodowatym wietrze stanął na krawędzi muru oblodzonym i zimnym. spojrzał na dachy pałacu, przypominające odwrócone do góry dnem drakkary, zwieńczone na końcach smoczymi łbami. Uniósł wysoko ramiona ku niebu, na którym królowało ostre, oślepiające słońce nie dające ciepła. Na tej wysokości tylko nadistoty mogły egzystować. Poczuł dotknięcie na ramieniu. Gdy obrócił się ujrzał boleśnie znajomą twarz, wysoko sklepione kości policzkowe, wydatna szczęka, wąskie, zmysłowe wargi przypominały mu jego ukochaną. Freya miała jasnobłękitne oczy i długie ciężkie białe rozpuszczone włosy, targane teraz silnym wiatrem, Jej skórę twarzy pokrywał szron, a wargi sine od zimna nie zachęcały do pocałunku. Czoło zwieńczył złoty diadem, na szyi lśnił naszyjnik. Dotknęła palcem warg Lucyfera i szepnęła – Pamiętasz?
– Jakże bym mógł zapomnieć o Pani. Nawet gniew twego męża jest mniejszy od rozkoszy z tobą.
Freya uśmiechnęła się i rozchyliła poły futra ukazując cudownie, doskonałe piękno swego boskiego ciała – Nadchodzą czasy Ragnarok. Nieliczni tylko przeżyją. Nie daj się zabić. Niewielu potrafiło tak mnie rozgrzać jak ty. Gdy zwyciężysz, przybądź. Jest mi tak zimno –To mówiąc roześmiała się i rozproszyła w śnieżnym wirze. Lucyfer uśmiechnął się lekko – Innym razem na pewno przybyłbym do ciebie, dopóty jest szansa na przywrócenie Lilith do istnienia, to próżne twoje wołanie – pomyślał, ponownie uniósł ręce ku przeraźliwie błękitnemu niebu i rozpoczął proces otwierania przejścia.
٭
- Czas i przestrzeń to funkcja świadomości – mawiał Gautama. – Światły umysł jest zdolny tworzyć wszechświaty o własnych prawach. Wszystko jest nicością, tak jednak szybko wirującą, iż sprawia pozór rzeczywistości. To jest właśnie Maja. Złudzenie. I z takiej materii powstają światy. Słowa Buddy dźwięczały Lucyferowi, gdy wszedł w coś, co kiedyś było jego dziecięciem, dziełem jego życia. Brama do jego świata istniała tylko w jego umyśle. Kiedyś to był cudowny wszechświat. Lecz gdy Lucyfer wprowadził do niego Jehowę, ten obrócił je w perzynę i upokorzył jego twórcę. Wtedy w Lucyferze zakiełkowało ziarno buntu, maleńkie jak gorczycy.
Lucyfer tkwił w chaosie, jakim stało się jego dzieło. Tak trudno opisać, co czuł i widział swymi zmysłami. Przestrzeń i czas nie istniały w sposób linearny. Jahwe wytrącił je z posad, i zburzył prawa ustanowione przez Lucyfera. wszechświat wrzał, czas posiekany na krótkie odcinki mieszał się i burzył, materia na ułamki chwil przybierała określony kształt, by zaraz przybrać inny lub zatracić się w pulsującym bezkształcie. Gdzieś tam w centrum tego nienazwanego chaosu tkwi ocalały fragment unicestwionego wszechświata. Niosący światło podążył ku niemu, zanurzył się w wirach przeciwstawnych prądów entropii czasu i przestrzeni. Lucyfer cierpiał, jego silne i wytrzymałe jestestwo opierało się chaosowi z najwyższym trudem. Wiedział, iż niewiele brakuje by zatracić się w tej pramaterii, krzyknął i uderzyła w nią fala jego słowa, a słowo stało się początkiem. Pod wpływem fali, zaczął się proces organizowania. Wtedy Lucyfer wniknął do wnętrza jarzącej się ochronnej sfery kryjącej niczym kokon fragment świata z przed zagłady. Wewnątrz sfery stała na trawiastej równinie gigantyczna katedra, zbudowana z wielu graniastych filarów łączących się ze sobą bokami i stykających u szczytu czubkach. Panował półmrok rozświetlany poświatą jarzącej się sfery ochronnej. Tego miejsca Jahwe nie zdołał unicestwić, kryło w sobie to, co dla Lucyfera było najcenniejsze, droższe nawet od jego własnego życia. Wokół katedry rozciągała się równina porośnięta trawami i gajami. Nieliczne ocalałe istoty humanoidalne napływały do katedry, aby podziwiać piękno ukryte w jej wnętrzu. Luc wszedł do katedry nie tracąc czasu na podziwianie skomplikowanych płaskorzeźb, jakimi pokryte były masywne łukowate drzwi z metalu przypominającego brąz, lecz bardziej trwałego. Wnętrze katedry było gigantyczną komnatą, której sklepienie ginęło w mroku, gdzieś bardzo wysoko. W samym centrum tkwił okrągły postument, na którym stał nadnaturalnej wysokości posąg kobiety w długiej zwiewnej szacie do kostek. Posąg był wyższy o ponad sto razy od przeciętnej ludzkiej istoty tu przebywającej, przytłaczała swym ogromem. Istoty postrzegane z wyżyn oczu kobiety wyglądały jak mrówki. Trzymała dłonie lekko odchylone od ciała i skierowane wnętrzem do przodu, palce delikatne, wąskie i długie o oliwkowych paznokciach. Miała wyrazistą twarz o wystających kościach policzkowych i wyraźnej linii szczęki, zmysłowych, choć nieco wąskich wargach. Długie, proste włosy niczym wodospad opadały na plecy aż do pasa. Oczy miała lekko uniesione ku górze. Twarz wyrażała melancholię i łagodny smutek. Czasem posąg ronił łzy, tak było i teraz. Lucyfer zmienił swą postać, uczynił się wyższym wzrostem niż kobieta o głowę. Otarł łzę z jej oka, złożył gorejący pocałunek na jej rozchylonych wargach. Objął ją i przytulił. Przez chwilę jakby fala ciepła przeszła przez masywny posąg, włosy przybrały naturalny odcień jasnego brązu, a oczy z granitu ożywiając stały się piwne i błyszczące. Wiatr zawył w komnacie i poruszył szatami obojga. Lecz po chwili zgasł blask w oczach kobiety. Żywa istota, na powrót stała się kamiennym posągiem. Teraz miała przymknięte oczy, rękami obejmowała nieobecnego już kochanka. Usta zastygły ułożone w pocałunku. Lucyfer odsunął się wyczerpany – Gdy świat się odnowi, przywrócę cię do życia. Teraz czekaj, Jeszcze nie czas. Jeszcze będziemy droga Lilith, razem szczęśliwi – szeptał, po czym przybrał postać jastrzębia, obleciał posąg kilkakrotnie i z głośnym przejmującym kwileniem wyfrunął na zewnątrz wąskim oknem, rozbijając złożony witraż o roślinnych motywach, rozbite kawałki szkła długo spadały ku swemu przeznaczeniu. Wydawało mu się, że słyszy dobiegający go łagodny, niski i smutny głos ukochanej, szepczącej o wiecznej udręce i bólu, błagającej, aby skrócił jej męki. Możliwe, że to tylko wiatr zawodził. Lucyfer zamknął bramę swego umysłu i stanął znów na murze targanym lodowatym wiatrem. Teraz, świat, który zostawił odradza się i formuje. Gdy Niosący Światło wróci znów do niego, będzie już gotowy na jego powitanie. Nie będzie jednak taki sam, jak przed zagładą, nic już nie będzie takie, jak kiedyś.
٭
Zgromadzenie bogów odbywało się pod opieką Ozyrysa, w jego kontinuum. Gigantyczne pomieszczenie o skośnych ścianach, jakie cechuje wnętrze pustej piramidy rozświetlały butelkowate lampy zasilane z czarnych skrzynek. Gładkie ściany pomieszczenia pokryte były hieroglifami i płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z życia Ozyrysa. Sam Ozyrys stał we swej ulubionej postaci, obok siedzącej na tronie dostojnej małżonki i siostry zarazem , Izydy. W gigantycznej sali pojawiali się inni bogowie, lub ich wysłańcy. Jedni materializowali się w huku i przy błyskach energii, inni woleli bardziej dyskretne manifestacje swego przybycia.
Lucyfer poczuł dłoń Odyna na swym ramieniu. Wiedział, że musi podejść do Ozyrysa i Izydy. Wielu z obecnych znał, jeszcze więcej widział poraz pierwszy. Jest przecież tak wiele światów i ich bogów. Jedni rodzili się nimi, inni dochodzili do boskości w długim procesie ewolucji, a nierzadko stawali się nimi poprzez uzurpację i bogobójstwo. Ozyrys pradawny bóg nawet w kategoriach bogów, użyczył swe sanktuarium na zgromadzenie. Moc wypływająca z Uraeusa, diademu, który miał na głowie chroniła i utrzymywała w całości jego uniwersum a także jego samego. Uraeus a Ozyrys to jedność. Ozyrys kieruje jego mocą i wprowadza konieczne zmiany. Jego rolę może spełniać tylko ten, kogo diadem zaakceptuje. Jak każdy inny atrybut boskości ma odrębną inteligencję i wolę. Lucyfer podszedł do podwyższenia przy tronie Ozyrysa, obok niego stał drugi tron zajmowany przez Izydę, istotę piękną i zniewalającą, o długich czarnych włosach misternie splecionych i ujętych w drogocenne ozdoby, w jej oczach dostrzegł mrok niezmierzonych eonów czasu i ciężar wiedzy, jakiej sam nie pragnął doświadczyć, ale która nadejdzie. Tak jak Freya tak i Izyda w przejmujący i bolesny sposób przypominała mu Lilith, zwłaszcza jej piwne oczy, o tęczówkach przypominających drobne płatki kwiatu, łuki brwi i rzęsy także były podobne jak i ten sam lekko drwiący a zarazem smutny uśmiech. Lilith była w swojej ulubionej postaci, szczupłą i wiotką kobietą, Izyda zaś preferowała doskonale kobiecą sylwetkę: szerokie biodra, ciężkie piersi, wąska talia, delikatne ramiona, wąskie dłonie i długie palce. A w oczach pulsowała obietnica niewysłowionej rozkoszy i zapach ciała zniewalający, czyniący z mężczyzn niewolników. Izyda nauczyła go wielu rzeczy, o których inni bogowie poza Ozyrysem nie mieli pojęcia. Dzięki niej dotarł do sekretu tworzenia, jaki otrzymała od Atumna. A Ozyrys wskazał aspekty istnienia rzeczywistości, których nawet nie przeczuwał. Brat Ozyrysa Set miał moc unicestwiania, którą podzielił się z Synem Jutrzenki po wielu przehulanych nocach, najpierw jednak wypróbowując ją na nim.
Dzień przed zgromadzeniem, szatan stał na wydmie, wpatrzony w zachodzące krwawo Słońce.
– Być może to moja krew tak zabarwi szczyt Sapony – myślał. Poczuł obecność Ozyrysa. Odwrócił się w jego stronę. Za plecami Ozyrysa widział rozświetlone miasto skupione wokół górującej nad nim kamiennej piramidy. Miasto żyło nawet nocą, oświetlone elektrycznym światłem z szklanych butli, w których jarzyły się świetliste węże. Ulicami przemykali rozbawieni ludzie, podążali w sobie tylko wiadomych celach.
Ozyrys dzierżył w prawicy swą ulubioną włócznię. Syn Jutrzenki pamiętał lekcje walki, jakie otrzymywał, nieraz to ostrze mogło pozbawić go życia. Bóg stał na wysuwanym trapie barki słonecznej unoszącej się nad wydmami.
- Lucyferze. Jesteś młody i silny, jest w tobie ogień, jaki kiedyś płonął i we mnie. Możesz poprowadzić zjednoczone armie i pokonać Jahwe – głos starożytnego bóstwa tętnił w umyśle Lucyfera.
- Już raz poprowadziłem legiony. Zginęły. Do tej pory widzę zmasakrowane szczątki milionów istnień. Uwolniliście mnie po to bym znowu ruszył przeciw Niemu?
- Tak! Teraz zwyciężysz. Będziesz miał sojuszników, jakich przedtem nie miałeś.
- Jahwe jest niezwyciężony.
- Sam w to nie wierzysz. Drogi boże, którym jeszcze nie jesteś, ostatnim razem zaprawdę niewiele brakowałobyś zwyciężył.
- Widziałem zbyt wiele ostatecznej śmierci, bym znowu chciał ujrzeć pole bitwy zasłane trupami.
- Gdzie jest ten Lucyfer, co poprzysiągł, iż zasiądzie na tronie, na górze Saponie i włoży na swe skronie, Koronę Stworzenia?
- Cóż jestem bóstwem, któremu nie stało na boskości.
- Ty wątpisz?
- Tylko Jahwe nie ma wątpliwości. Ja nie potrafię być fanatykiem. Nie jestem pewny czy naprawdę chcę go pokonać.
- Dopóki tego nie zrobisz, nie odzyskasz Lilith, a twój świat zawsze będzie zagrożony – mówiąc to Ozyrys odwrócił się i dostojnym krokiem udał się po trapie na pokład swej słonecznej. Pod baldachimem czekała już na niego Izyda obleczona w kosztowności i drogie materie, jej delikatny podniecający zapach dotarł do nozdrzy Lucyfera, zapragnął jej, tak bardzo przypominała Lilith, wystarczyło zamknąć tylko oczy. Barka zabrała boską parę do miasta noszącego dumną nazwę Dżedu, znane też jako Per-Usir, Dom Ozyrysa. Syn Jutrzenki zadumany spoglądał na niknącą w oddali barkę rozświetloną jaśniejącymi kulami dryfowymi, przypiętymi łańcuchami do prętów osadzonych w burtach. Do wschodu słońca było jeszcze wiele godzin, gdy Lucyfer usłyszał głos silników innej barki, o wiele mniejszej i w porównaniu z poprzednią wręcz surową i oszczędną, która osiadła przy nim. Wysunął się zapraszająco trap, Lucyfer wszedł na jej pokład. Właściwie była pusta, tylko na jej gładkim hebanowym pokładzie stał dług stół i dwie ławy do siedzenia. Miejsce to obficie oświetlały unoszące się na uwięzi świecące kule. Przy stole stali Thot i Jama i Siwa, który podszedł do Lucyfera i zaprosił do stołu. Po czym gdy usiedli Lucyfer został poczęstowany mocnym korzennym winem. Thot wstając uniósł puchar. Przeważnie przybierał postać wysokiego, szczupłego, silnego mężczyzny, o władczym spojrzeniu czarnych oczu, prostym nosie i mocnej szczęce , znamionującej twardość, włosy miał spięte na plecach srebrną klamrą w kształcie węża pożerającego własny ogon. Ubrany w skórzane spodnie i długą bluzę spiętą wąskim pasem z jedwabiu, stopy obute były w ciemnobrązowe buty z cholewami do kolan.
- Pozwólcie, że wzniosę toast. - głos miał cichy, pełen siły a zrazem tnący jak miecz.
-Za nowego Pana tronu Sapony!
Lucyfer krył zirytowanie. Właściwie miał ochotę odejść gdzieś daleko, gdzie nie sięga moc Jahwe. Wiedział jednak, że nie ma takiego miejsca w tym, a ni w innych światach.
- Siwo. Boże w trzydziestu dziewięciu milionach osobach. Ty Jamo wynalazco i boski inżynierze, a także ty, Thocie dla którego moja cześć, nie ma granic. Darujcie sobie czcze słowa. Mówcie, co macie do powiedzenia i niech się to wreszcie skończy.
Pachnący opium Siwa jęknął boleśnie. Toth zabrał głos. – Jak wiesz Jahwe zawsze sobie na wiele pozwalał. Dopóki robił to w swoim świecie, nie obchodziło nas to zbyt wiele. Co prawda Budda uważał i nadal uważa, iż tak Jahwe jak i jego wyznawców cechuje zbytnia łatwość zabijania, zadawania cierpień i okrucieństwo?
- Ahimsa to też lekka przesada – przerwał Jama. Lucyfer uśmiechnął się zagadkowo.
- A tak nawiasem. Jak Lokiemu udało się ukraść klucz do Sheolu? – spytał Jamę Lucyfer. Nie tknął swego pucharu po toaście Thota.
- Nie wiem. Nie widziałem się z nim. Zresztą nie sądzę, aby chciał odpowiedzieć na to pytanie. Ma wiele swoich tajemnic. Jak my wszyscy.
Toth nie zrażony nietaktem Jamy kontynuował. – Co Jahwe robi na swoim terenie to jego sprawa, nawet gdyby unicestwił siebie i światy sobie podległe. Nie obchodziłoby nas to absolutnie...Lucyfer patrzył jak pojawiła się nagle naga egipska piękność, lśniąca jak rtęć płynna i pełna gracji w ruchach. Serwowała mrożone napoje. Cóż, to jeden z niezliczonych automatów Thota. Maszyna, ale jaka piękna. Thot to zagadkowa i magiczna istota, i bardzo stara. Mówią, iż jest ojcem Ozyrysa i Seta, lecz nie jest to pewno, albowiem inni twierdzą, iż to Set jest ojcem Thota, a może wszyscy mają rację. Czas i jego paradoksy potrafią przyprawić o szaleństwo, proste umysły przyzwyczajone do linearności.
- Zabił Allacha, a wraz nim jego uniwersum, a na to musimy odpowiedzieć Toth skończył mówić.
Lucyfer oprzytomniał nagle, te słowa zaskoczyły go. Teraz zauważył, iż Jama trzyma na kolanach paczuszkę, wywołującą dziwnie znajome odczucia, jakie już dawno nie doświadczał – Czyżby... – nie śmiał mieć nadziei.
- Lucku, mój Lucku jesteś taki porywczy. Poprowadziłeś słabo przygotowane armie przeciw Bogu, bo ten zniszczył twój mały własny świat.
- Nie zniszczył. Nie potrafił zniszczyć. Doprowadził tylko do stanu przed ostatecznym formowaniem. To tylko uzurpator, mieniący się być prawdziwym Bogiem. Prawdziwy Bóg umarł. – Lucyfer unosił się gniewem, głos nabierał siły.
- Jak zdołał zabić Allacha? – spytał, gdy trochę opanował się.
- Powoli do tego dojdziemy – rzekł Siwa.
Jama pociągnął przez słomkę napój. – To mrożona herbata – powiedział do Thota.
- Tak. Wiem o tym Jama Dharmo. Mogę tylko przypuszczać jak to zrobił. Wiemy tylko, że stało się to na Saponie. Został zaproszony na jedno z niezliczonych świąt, jakie ku swej czci urządza Jahwe. Allach zginął a wraz z nim jego wszechświat. Popełnił błąd zabierając swój święty atrybut, Złoty Koran. Groźne jest to, iż może to uczynić z nami wszystkimi. Wszak wpaja swoim wyznawcom „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.
- Podobno jesteś kwintesencja zła, księciem ciemności i Panem Piekła? – niewinnym tonem zagaił Jama, bawiąc się paczuszką w dłoniach. – Słyszałem, iż jadasz niemowlęta i bawisz się odciętymi głowami. A może odwrotnie?
Lucyfer westchnął. Skończył napój. Robot pośpieszył z dolewką.
– Ja jestem buntownikiem, przeciwnikiem, opozycjonistą. Każdy, kto rządzi najchętniej widziałby takiego w dole z wapnem. Miejsce opozycji zawsze jest w grobie. Jako taki muszę być najgorszy, bo jak inaczej władca może pokazać, iż jest władcą. Nie dla obrony mojego imienia tu się zebraliście. Nie dla mnie, chcecie ruszyć fundamentami wszechświatów.
- Bogowie wszystkich znanych światów ci pomogą. Boją się Jahwe – kusił Thot.
- Już raz przegrałem.
- Powtarzasz się. – Thot umilkł. A Jama otworzył pakunek. Barka w między czasie uniosła się wysoko w nocne rozgwieżdżone niebo. Lucyfer ujrzał rozwijający się czarny bicz. Zgniótł w ręku puchar na drobne kawałki. Po chwili zmienił odłamki w tańczącą kryształowa maleńką bajaderę nie większą od dłoni. Rozległ się dźwięk sitaru. Bajadera tańczyła w takt muzyki na cedrowym stole między pucharami. Jama podał bicz Lucyferowi. – To chyba twoje. Zgubiłeś w wielkiej bitwie. Ale to jeszcze nie był Armageddon. Nie wiem naprawdę, jak to się u mnie znalazło.
Bajadera potknęła się i upadła na blat ławy, już nie wstała. Rozpłynęła się w powietrzu w formie świetlistej mgiełki. Sitar ucichł.
Lucyfer odebrał z rąk Jamy bicz, głaskał go i pieścił, łuskowate zwoje ocierały się o dłoń. Bicz budził się szeptał smutnym głosem wijąc się miedzy palcami
– Czemuś, ach czemuś, mnie opuścił. To była jego ulubiona broń, niepozorna i straszliwa. Wygenerowana z fragmentu jego ciała i skoncentrowanego bólu miliarda istot niesłusznie skazanych. Nawet Jahwe bał się dotknąć bicza bez specjalnej osłony. Tylko Lucyfer mógł bezpiecznie się nim posługiwać.
- Cierniu, będziemy już zawsze razem – odpowiedział Lucyfer. Lucyfer czuł jak otwarły się zamknięte w nim dotąd zdroje energii. Thot znowu przemówił.
- Ten, który nie ma imienia, uważa się za jedynego prawdziwego Boga. Twierdzi, iż jest tylko jedna prawda, i tylko on ma na nią monopol. Jesteśmy dla niego karmą dla padlinożerców. Potrafił zabić jednego z nas, ostatecznie. Szykuje swe legiony aniołów do walki. Chce nas wyłuskać pojedynczo. Bo tylko tak ma szansę. Gdy się zjednoczymy...
Lucyfer smagnął powietrze biczem, to krzyknęło rozpaczliwie z bólu. Ognista smuga długo jeszcze unosiła się nad nimi.
- Na swej górze jest niepokonany. To wy zginiecie – powiedział Szatan
Siwa zadrżał. Jama i Thot uśmiechnęli się z jednakowym wyrazem twarzy, jakby byli bliźniakami.
- Gdy ostatnio szturmowałeś niebiosa, pokonał cię – ciągnął Toth. – Nie wiele brakowało a zwyciężyłbyś. Tylko Pieczęć Źródła Mocy ocaliła go. Twoje armie nie zostały całkowicie unicestwione, wielu wojowników przetrwało, tylko rozproszyli się. Samael, Izmael i Belial zebrali dawnych towarzyszy. Są żądni zemsty i walki. Ćwiczą się w walce są lepsi niż kiedykolwiek, trochę ich nauczyliśmy.
Lucyfer zasymilował bicz w swoje ciało. Teraz dopiero przekonał się jak bardzo brakowało mu tej broni, która posiadała szczątkową inteligencję. Pojawił się jeden z organiczno – mechanicznych tworów Thota, przeznaczony do walki wręcz. Niósł jaśniejącą szkatułkę. Thot zabrał ją i otworzył. Sługa oddalił się dyskretnie. Lucyfer ujrzał pieczęć. Bicz w ciele pomrukiwał z zadowolenia.
- Gdy nadejdzie świt, Ozyrys w imieniu zebranych bogów poprosi cię byś powtórnie ruszył na Niebiosa. Nie chodzi tu o nas ani o ciebie. Śmierć to nic strasznego, wielu z nas jej pragnie, zbyt długo już dźwigamy ciężar wiecznego życia, ale nosimy odpowiedzialność za nasze światy. Nie chcemy, aby podzieliły nasz los. Seraj Allacha został unicestwiony, bo ten udając się do Jahwe zabrał ze sobą panel sterujący mocą uniwersum, zamiast go zostawić, tam gdzie jego miejsce przy Fontannie Raju. Panel miał kształt malutkiego złotego Koranu noszonego na łańcuszku na szyi. Jak wiesz poza swoimi światami mamy ograniczoną moc. Jahwe skąpał Allacha w Źródle Życia. Koran rozpadł się. Światy wszechświata islamu rozpadły się w nicość. Nasze atrybuty, panele sterujące mają różną postać. Odyn ma Lodowy Kryształ, który zawsze trzyma w swym pustym oczodole skrytym przepaską, Ozyrys ma Uraeus. Jahwe jak wiesz doskonale ma Pieczęć Źródła Mocy, inaczej zwany Pieczęcią Dnia Sądu Ostatecznego. Na czas bitwy atrybuty te zostaną w naszych światach. Nawet, gdy zginiemy, nie będzie to śmierć ostateczna. Nasze Ka powróci i odrodzimy się ponownie. Jeśli Jahwe zwycięży zniszczy atrybuty. Na miejsce naszych światów osadzi własne.
- Jak wykradliście pieczęć? – Lucyfer patrzył z uznaniem na regulator przepływu mocy, którym w istocie była Pieczęć.
- Loki ma swoje sposoby. Pod ręką Jahwe jest teraz doskonały duplikat. Nie zorientuje się. Dopiero, gdy w trakcie walki jej użyje. Tylko się jemu wydaje, iż jest wszechmocny i wszechwiedzącym - Toth nie krył dumy.
- Gdy on przegra, ja zostanę Bogiem – szepnął Lucyfer.
- Będzie jak zechcesz – rzekł Thot.
- Właściwie to już wszystko za mnie zrobiliście.
Gdy nastał świt Lucyfer wciąż stał na szczycie wydmy, zobaczył na równinie przed miastem nieskończone morze ćwiczących wojowników Ozyrysa. Udał się do ogromnego placu w centrum miasta, gdzie mieściła się świątynia Ozyrysa, przylegająca do Piramidy górującej nad miastem. Sam Ozyrys, Ten-Który-Zajmuje-Tron powitał go uniesieniem swych atrybutów władzy po czym poprowadził do wnętrza świątyni gdzie znajdowało się wejście do centralnej sali we wnętrzu Piramidy
Lucyfer spojrzał na rzesze bogów zebranych na placu i podążających za nim.
- Nastał dzień. Mój dzień – pomyślał. Bicz śpiewał. Lucyfer czuł budzącą się radość życia. Pragnął krwi. Krwi uzurpatora.
٭
Niebiosa. Kto ich nie widział, ten tak naprawdę nic w życiu nie widział. Gigantyczny moloch obracających się siedmiu sfer, z których każda jest osobnym miastem zamieszkałym przez miliardy istot. Prowadzą one wygodne, prze niektórych określane jako nudne, życie. Są tam ogrody i trawiaste równiny a także inne atrakcje. Tylko Kriszna, żył w większym luksusie wraz ze swym dworem. Wiele jednak z uciech znanych światach innych bogów były tam niedostępne. Nie, dlatego, że nieznane, lecz zakazane, bo grzeszne. Wszak Niebiosa to Eden Jahwe. W samym zaś centrum obracających się sfer pulsował ponad wymiarowy tunel nad przestrzenny stabilizowany energią z siedmiu czarnych dziur o prawoskrętnej rotacji. Prowadził on do Sapony świętego świata Jahwe. Płaski świat gigantycznej równiny Magedon, w której środku wznosiła się góra Sapona o ściętym szczycie, zwana też Górą Zgromadzenia, wyglądał z przestrzeni jak prostokątna płyta, leżący monolit, skąpany w świetle, płonącej wiecznym ogniem bliźniaczej płyty unoszącej się wysoko nad nią.
Jahwe przeobraził górę w fortecę, w podziemiach ukrył wysokowydajne fabryki, mogące na zamówienie wypuścić w pełni przygotowane jednostki bojowe od pancernego anioła po międzygwiezdne krążowniki. Cała równina została zaminowana, i pokryta śmiertelnymi pułapkami, wydrążono gigantyczne szyby, w których umieszczono miliony uśpionych aniołów bojowych, Na dany sygnał wyjdą na powierzchnię, gotowe toczyć walkę. Zainstalowano niezliczone bunkry ze stanowiskami bojowymi, gniazdami karabinów maszynowych, wyrzutniami pocisków rakietowych.
Armie bogów pod wodzą Lucyfera zbliżały się do Niebios. Z dala wyglądali jak złoty pył opadający na obracające się niebiańskie koła. Syn Jutrzenki patrzył jak weterani jego pierwszej walki zwarli się w walce z aniołami Jahwe. - Moje anioły – szeptał do siebie stojąc na pokładzie bojowej barki Ozyrysa. – Już niedługo przestaniecie być upadłymi. Ci, którzy was pokonali, dziś legną w pyle. Wasz krzyk zwycięstwa wstrząśnie tronem Jedynego. Oto, bowiem nastał Armageddon.
Przestrzeń wypełniały nieprzeliczalne jednostki bojowe zjednoczonych flot bogów. Niebiosa czekały. Rzesze aniołów odpierały ataki coraz liczniejszych hord Lucyfera. Bogowie otwierali ekrany materii, przerzucali legiony zabójców, te rzucały się na Anioły w białych pancerzach. Nie zważali na swe straty.
Archaniołowie Michał i Gabriel kierujący obroną nie spodziewali się tak licznej armii. Jahwe ich nie ostrzegł, że oprócz znanego wroga pojawią się barki wojenne Ozyrysa i Seta, ogniste rydwany Arymana i Ormuzda, a także bojowe miasta Siwy dysponujące dużą siłą ognia. Pojawiły się też krążowniki kosmiczne scyborgizowanych światów Zjednoczonego Imperium, z dominium Ateusza, który nie wierząc w religie i bogów, sam paradoksalnie miał wszelkie atrybuty boga, a jego ideologia wszelkie cechy religii. Odyn na Lodowym Drakkarze szykował swych wikingów do walki. Dosiadł ośmionogiego Slaupnira i przybył do Lucyfera.
- Bądź pozdrowiony. Co za radosny dzień. Nastał czas na nowego Boga!
Lucyfer ukłonił się. Nic nie mówił. Nawet bogowie Olimpu przybyli go wesprzeć.
Bramy Niebios otwarły się, aniołowie niczym płatki śniegu ruszyli ku napastnikom, starli się z nimi w pół drogi. Zgłębi otchłani kosmosu skąd Syn Jutrzenki obserwował pierwszą fazę działań, tytaniczne starcia sprawiały niepozorne wrażenie, rozbłyski i dryfujące szczątki i odłamki. W próżni nie słychać głosów. Walczący słyszeli tylko komendy w kanałach łączności i własne krzyki wewnątrz skafandrów bojowych a tylko drobny ułamek walczących je potrzebował. Przeważająca większość walczących to istoty potrafiące żyć i walczyć w najtrudniejszych warunkach, w chromosferze gwiazd, w pękach rozpalonej plazmy. Anioły bojowe, ich przeciwnicy walczyli w absolutnej ciszy bezpowietrznej przestrzeni.
Kosmiczne miasta dowodzone przez Ramę otwarły ogień ku Niebiosom. promienie paliły anioły, przebijały pancerze i indywidualne pola ochronne. Użyto broni termonuklearnych. Anioły ginęły bohatersko. Cherubiny wielkością dorównujące barkom słonecznym Ozyrysa toczyły zaciekły bój. Jeden z nich przeciął mieczem ognistym miasto Ramy. Set ze swoimi Barkami ruszył na pomoc.
Lucyfer wysłał Beliala i jego sześć milionów Wściekłych Diabłów z rezerwy. Główne siły oszczędzał, zostaną użyte na równinie Magedon. Walka o Niebiosa to jedynie wstęp. Zeus gromowładny na granicy pola ochronnego Niebios dziesiątkował anioły. Błyski jego piorunów zlewały się w jednolity blask.
Lucyfer spojrzał na Ozyrysa, Agniego, Thota i Jamę.
- Czas na Iskrę Miłosierdzia. Wycofać jednostki – rozkazał.
Barki, i mniejsze miasta wojenne wycofywały się. Armada Imperium otoczyła się polem siłowym wraz z chmarami aniołów i kilkoma okrętami wojennymi Jahwe. wewnątrz tego kokonu dalej toczyła się zażarta walka. Krążownikii Imperium zniszczyły co do jednego anioły, statki zostały przejęte. W tym czasie Diabły i inni wojownicy wracali na z góry upatrzone pozycje. Anioły Jahwe obwieszczały triumf, widząc odwrót. Wielu ścigało swych wrogów. W bezpośrednim sąsiedztwie Niebios zostały tylko cztery miasta wojenne i rzesze diabłów, które nie zdołały się wycofać, związane walką. Wojenne Miasta Siwy dowodzone przez Ramę raziły pociskami jądrowymi pole ochronne Niebios. Pociski nie docierały do celu. Krążyły w jego zewnętrznych warstwach, nie zdolne się przedrzeć do środka, ani wyrwać na zewnątrz. Z otchłani przestrzeni w błysku wyładowania koronalnego pojawiła się maszyna zagłady, Iskra Miłosierdzia. Z grubsza wyglądała jak skorpion ze złota. Kolec jadowy skierowała ku sferom niebieskim. Z Niebios ku niej ruszyły anioły i kosmiczne niszczyciele. Było już za późno. Uderzyła. Wszystkie jednostki Jahwe wraz z diabłami spłonęły. Ocalały tylko cztery kosmiczne miasta. Ich pola były przygotowane na tę broń. Zanikło pole ochronne Niebios, Iskra Miłosierdzia odwróciła, bowiem ich polaryzację. Krążące dotychczas w polu pociski jądrowe skoczyły ku sferom niebieskim. Siejąc śmierć i zniszczenie. Jahwe wycofał resztki swej zewnętrznej armii, wycofał je tunelem na Saponę. Niebiosa ucierpiały nieznacznie. Nie były podstawowym celem ataku. Zdobyto wejście do tunelu.
Jahwe wściekły jak cholera siadł na tronie. Sprawdził jak trzyma się na głowie Korona Stworzenia. Ze schowka przy poręczy tronu wyjął Pieczęć Dnia Sądu Ostatecznego. Jej blask rozlał się po komnacie. Archaniołowie oddali pokłon.
- Oddacie pokon każdemu kto zasiądzie na tym tronie – szepnął do siebie bóg. W sali tronowej panowała atmosfera niepokoju. Przez wysokie wąskie okna wlewało się słabe światło wiecznego dnia.
- Szatan nadchodzi. Wiecie, co macie czynić. Odejść! – krzyczał.
- Tak. O Najwyższy – odpowiedzieli. I odeszli. Zostali tylko Michał i Gabriel.
Jahwe był podniecony, bardziej nawet niż wtedy, gdy katolicy łupili się z protestantami, prawosławnymi lub odwrotnie. Żadnemu innemu bogu nie udała się taka sztuczka, aby w imię tego samego boga nawzajem się wyrzynali. No może, ale nie na taką skalę.
- Ukochani – skierował słowa do archaniołów. – W was moja nadzieja.
Archaniołowie w milczeniu skłonili się i znikli. Wiedzieli, że ich pan nie ma za bardzo ochoty do rozmowy.
Jahwe nerwowo stukał palcami o poręcz. Korona go uciskała. Odczuwał niepokój drążący go jak czarny robak o czerwonych zębach.
- Mam moc, armie niezwyciężone i jestem na Saponie. Nikt mnie nie zwycięży! Tak myślał, a jednak niepokój drążył świadomość.
Elitarne jednostki Serafinów i Cherubinów rozlokowały się u podstawy góry. Szykowały broń i sprawdzały bojowy ekwipunek. Wznosiły też modły do najwyższego.
Nieprzeliczone armie Zjednoczonych Bogów opadały na równinę Megadon. Ta wręcz gotowała się w eksplozjach pól minowych i w błyskach pojawiających się aniołów i uaktywniających broni i pułapek. Nieprzebrane rzesze zabitych zaścielały jałową ziemię. Bunkry ostrzeliwały chmary opadających napastników, z silosów wyrywały się pociski rażące wrogów defragmentującymi się głowicami. Najlepiej z tymi broniami radziły sobie Cyborgi Imperium, wyposażone w broń przeciwlotniczą i miotacze mikroskopijnych strzałek. Krążowniki Imperium niszczyły wiele pół minowych ostrzeliwując sektory równiny bryłami skalnymi, przy odpowiednim przyspieszeniu równie skuteczne jak bronie jądrowe. Świat Sapony był dziwny pod wieloma aspektami. Pola siłowe tu nie działały, bronie jądrowe były bezużyteczne. Iskra Miłosierdzia też na wiele się by się tu nie zdała. Liczyła się tylko siła mięśni, serwomotorów i broń na bazie spalania wyrzucająca pociski przez rozprężający się gaz. Miecz i karabin to na Saponie szczyt wyrachowania. Budda powiedział kiedyś Lucyferowi, gdy ten pobierał u niego nauki. Iż świat Sapony stworzył Jedyny Bóg, tak jak i Niebiosa, na długo przed swym odejściem. Mówił też wiele innych rzeczy, o których Lucyfer nie chciał wiedzieć. I starał się je głęboko ukryć na dnie świadomości.
Mocą może tu jedynie władać Jahwe i Przeciwnik. Bogowie innych światów mogli, co najwyżej wykorzystać połowę swej zwykłej mocy. Jednak im bliżej Źródła Życia tym bardziej ich moc malała.
Odyn stanął przed swą armią. Freyra, jego brata już nie było, został odesłany wraz z Lodowym kryształem do Walhalli. Nordyccy wojownicy w rogatych hełmach szykowali się do walki, stojąc na oczyszczonej z min dolinie otoczonej poszarpanej eksplozjami wzniesieniami. Thor uśmiechał się i gładził pieszczotliwie rękojeść młota. Loki wyciągnął flet i grał skoczną melodie. Odyn spojrzał w niebo i widział mrowie czarnych punkcików opadających w dół – Oto jest Ragnarok - pomyślał. Sięgnął po miecz i zaczął go ostrzyć. To opadali jak krople deszczu wojownicy Armii Zjednoczonych Bogów. Na oczyszczonej z min i pułapek ziemi pod Saponą stanęli ciężkozbrojni greccy wojownicy pod wodzą Aresa a wokół nich wojownicy Ozyrysa, Janusa i wielu innych bogów, nie mieli spokoju z ukrytych szybów i sztolni wystrzeliwali aniołowie, ruszali do walki z zawziętością, równą mechanicznemu poświęceniu cyborgów.
U podnóża góry rozlewały się nieprzebrane migoczące szeregi żołnierzy Jahwe. A z Sapony wylewały się wciąż nowe ich rzesze. Armie zjednoczonych Bogów otoczyły ich zewnętrznym pierścieniem niezmierzonych zastępów a z tunelu napływali wciąż nowi. O teraz pojawiły się legiony Arymana i Ormuzda. Rzesze zwierały się w walce zarówno w powietrzu jak i na Równinie, wzniecając, jej miliardy lat liczący pył.
Lucyfer stanął obozem najbliżej Sapony, słyszał zgiełk walki, odgłosy eksplozji, okrzyki konających i pieśni bitewne, obok niego stali najważniejsi sprzymierzeńcy. Pojawił się nawet Budda. Lucyfer wyraził mu swą głęboka wdzięczność za przybycie. Budda zażyczył sobie rozmowy na osobności. Gdy w namiocie nie było już poza nimi nikogo rzekł. - Nie zabijaj Jahwe.
- Musi umrzeć, za to wszystko, co uczynił.
- Wystarczy jak zedrzesz Koronę Stworzenia, z jego głowy. Mając Pieczęć już jesteś niezwyciężony. Pamiętaj cokolwiek mu uczynisz, uczynisz to sobie. Okaż swą łaskę.
- On, który kazał nazywać się miłosiernym, nigdy nie okazuje łaski. W dowód swej nieprzebranej miłości stworzył piekło i zapełnij je potępionymi na wieczność.
- Każdy ma piekło w sobie Lucyferze. Zwłaszcza, jeśli tego pragnie. Czym okażesz swą wyższość, jeśli nie łaską?
Lucyfer wyszedł z namiotu targany gniewem. Budda westchnął i pogrążył się w medytacji.
Lucyfer uniósł się w powietrze, jeszcze nie skorzystał z Pieczęci. Jeszcze nie czas. Ujrzał jak Siwa w trzydziestu dziewięciu milionach osobach stanął pod Saponą. A Jahwe może tylko w trzech. Już czas na Armageddon. Lecz to następne falangi obrońców ruszyły do ataku. Żołnierze Michała podnieśli wrzawę bitewną. Blask bił oślepiający od ich złocistych skrzydeł, tarcz stalowych i mieczy.
Lucyfer dał sygnał do ataku. nieprzeliczone chmary diabłów, demonów, wzniosły się w powietrze i ruszyli. Piesi zakrzyknęli, uderzyli ostrzami o tarcze i biegiem pognali na spotkanie śmierci. Równina zadygotała jak od wstrząsu eksplozji nuklearnej, to zetknęły się w boju szeregi mężnych aniołów z obu stron i ich sprzymierzeńców. Wszak diabły to też anioły. Wielu wojowników ze śpiewem i modlitwa do swej broni nacierało na wroga. Pył przesłaniał walczących. Thor wznosił zakrwawiony młot ku niebu i spuszczał na głowy tych, co mieli nieszczęście podejść zbyt blisko.
Anioły Jahwe walczyły w milczeniu, drogo oddawały swe życie. Czasem tylko któryś zacharczał, gdy krew zalewała gardło. Cyborgi wznosiły przynitowane tytanowe ostrza, uaktywniały karabiny maszynowe i siały zniszczenie. Anioły padały rozrywane pociskami. Gdy jednak amunicja skończyła się, doszło do starć wręcz. Cyborgi zszczepiały się z aniołami, ostrza przenikały pancerze, odcinały skrzydła i serwokończyny. Pył kleił się od krwi i płynów ustrojowych zarówno cyborgów jak i aniołów.
Set zbroczony anielską krwią upadł. Odcięte ramie legło obok niego. Set umarł z uśmiechem na licu. Ozyrys na ten moment opadł z nieba i rozgromiwszy anioły zabrał ciało swego brata.
Thor z krzykiem bojowym na ustach gniótł Serafinów jak łupiny orzechów. Odniósł wiele ran, ale był szczęśliwy. Krew ściekała po jego ciele, w większości anielska. Aniołowie w pancerzach z wspomaganiem nie mogli stawić się mu czoła. Zgiełk bitewny mieszał się z rzężeniem konających istot wielu ras a także wizgiem zacinających się, słabnących i gasnących generatorów i silników.
Odyn starł się z Michałem, ten czując przemożną j siłę bóstwa, wezwał Jahwe. Bóg wsparł swą mocą archanioła. A działo się to na wysokościach pośród skłębionego roju skrzydlatych wojowników Jahwe i Lucyfera. Michał ściął głowę Odyna. Walkirie rzuciły się ku archaniołowi. Opędzał się od nich. Osłabł jednak z ran, a wierzchowiec Odyna, ośmionogi Slaupnir mszcząc swego pana przegryzł pancerz Michała stalowymi zębami i tłukł go żelaznymi kopytami.
I tak Michał spadł nieprzytomny z nieba na równinę, gdzie dokonał żywota zmiażdżony stopami walczących. Tytani Zeusa miotali kamienne bloki wyrwane z góry na Cherubiny. Jahwe czasem unicestwiał mocą wybranego wroga, nie ruszając się z tronu. Oszczędzał jednak siły na spotkanie z najważniejszym przeciwnikiem.
Krew wielu istnień zmieszała się z jałowym pyłem równiny. Walczono na stosach zabitych. Broń szczękała na pancerzach. Niejedno ostrze pękło. Z tunelu nadprzestrzennego napływali wciąż nowi wojownicy, tak jak i z wnętrza Sapony. Przeciążone generatory fabryk Sapony eksplodowały, bieżąca montownia jednostek bojowych ustała, otwarto ostatnie rezerwy, najgłębsze magazyny, gdzie złożono broń i anioły jeszcze przed pierwszym buntem Niosącego Światło, niektórzy dodawali jeszcze Wolności.
Lucyfer przeobraził się po założeniu Pieczęci na szyję. Przybrał postać olbrzymiego czarnego smoka o czerwonych oczach, szarym podbrzuszu i srebrzyście połyskujących skrzydłach. Jak ze stali miał pazury i zakończenie ogona z kolcem jadowym. Walczący truchleli na jego widok, zwłaszcza widząc w prawej łapie czarny bicz. Smok unosząc się nisko w powietrzu gnał przed siebie, ognistym oddechem palił Anioły, przecinał ich ciała biczem a pazurami rozrywał co twardszych Serafinów. A za nim gnały jego kohorty, weterani z niezliczonych bitew.
Zdarzyło się, iż Eloah zastępca Michała stanął na drodze Lucyfera. Walczył z byczymi wojownikami Ormuzda a jego samego zabił, wyrywając bijące jeszcze serce z piersi. Krew Ormuzda zbroczyła jego pancerz i ostrze miecza. W oczach miał szał i nie przeląkł się smoka, tylko zaśmiał się. Uczyniła się pustka wokół niego. Smok runął na niego całym pędem. Anioł uniósł pogiętą tarczę by ochronić się przed ognistym oddechem. Lucyfer otworzył paszczę ujął zębami głowę obleczoną w hełm i oderwał od tułowia. Struga krwi buchnęła z torsu. Ciało jeszcze rzucało się w konwulsjach, gdy szatan gnał dalej obalając przeciwników a za nim biegli jego wojownicy. Czuł w sobie moc a jeszcze nie użył Pieczęci. Tylko Jahwe mógł się z nim równać. Gdy stanął u podnóża Sapony, przybrał na poły ludzką postać, w ręku dzierżył bicz i ruszył na spotkanie z Bogiem. Nikt nie zastąpił mu drogi. Dążył ku górze, pamiętał drogę do sali tronowej. Jeszcze trochę. Mijał opustoszałe komnaty, przechodził przez ogromne hole, aż wreszcie stanął przed mosiężnymi drzwiami sali tronowej. Naparł na nie, te bezszelestnie otwarły się.
Mozaika posadzki komnaty przedstawiała dzieło stworzenia. Po środku sali stał tron zajęty przez Jahwe. Za tronem stał archanioł Gabriel.
Jahwe uśmiechał się szyderczo, gdy Lucyfer spojrzał mu w oczy.
- Czas na śmierć nieudany boże – ryknął Lucyfer. Od siły jego głosu zarysowały się ściany.
- Nie jesteś godzien mego trudu Aniele Ciemności. Lucyferze, Samaelu, czy jak cię tam zwą. Gabriel! Bierz go! –zażądał Jahwe.
- Rozwlokę twe ścierwo na tej górze! – zasyczał Lucyfer.
Gabriel uniósł swój miecz ognisty, a moc Pana go wzmocniła. Ruszył w stronę Lucyfera. Ten czekał, tylko bicz skwierczał od przepełniającej go mocy.
Gabriel wygasił miecz, złożył skrzydła. Podszedł do Syna Jutrzenki, objął go i pocałował w policzek.
- Nie jestem psem, Jahwe. Sam go sobie weź! – poczym opuścił salę tronową. Jahwe wściekł się. Wzajemna wymiana uderzeń przy pomocy mocy czerpanej ze Źródła Życia rozniosła pałac. Nie było już komnat, ani kunsztownej posadzki, tylko ścięty wierzch Sapony i snopy energii rozlewające się niczym fala na wodzie. Nad równiną rozległ się głos siódmej trąby. Armie zaprzestały walki. Tylko gdzie niegdzie zacięte działa stukały iglicami w puste magazynki. Oczy zgromadzonych skierowały się na arenę ostatecznej walki. Walkirie owijały w całun ciało Odyna. Jedna z nich trzymała jego głowę. Aryman zabrał z pola bitwy martwego Ormuzda. Thor odpoczywał, ściągnął krew ze swojej twarzy i brody. Sapał, nawet jak na boga wojny, trochę przesadził. Nordyccy wojownicy zginęli prawie wszyscy, przebudzą się, już w Walhalli. Siwa opłakiwał Ramę. Agni ładował swe miotacze ognia, kto wie może się jeszcze przydadzą. Jeśli nie tu, to gdzie indziej.
Lucyfer strząsnął z siebie resztki Pieczęci. - Oszukali mnie – pomyślał. – oryginał dalej ma Jahwe. Ale i bez tego czuję przenikającą mnie moc. Nie potrzebuję Pieczęci. Jestem tak blisko Źródła jak nigdy dotąd. I ono mnie teraz zasila.
Jahwe przybrał postać starca z długą brodą, siwą, wręcz białą. Nucił jakąś melodię. Na piersi miał Pieczęć Źródła Mocy a na głowie Koronę Stworzenia. Lucyfer uniósł ręce ku niebu i piorun uderzył w Boga. Ten splunął kulą ognistą. Lucyfer przyjął ją i odesłał z powrotem. Moc przepełniała go, bicz śpiewał. Zwarli się w polach emitowanej przez siebie mocy, skry wyładowań rozświetlały równinę. Armie stały nieruchomo w milczeniu.
Zwarci w klinczu zmieniali kształty w tempie, jakie żadne oko nie było w stanie zarejestrować. Lucyfer wspomniał swój zniszczony świat, bezczasowe więzienie i Lilith. Nienawiść dodała mu sił. Moc Źródła opuszczała Jahwe i spływała na niego. Jahwe cofnął się, przybrał postać Chrystusa zmartwychwstałego, z ranami na dłoniach, boku i stopach.
- Czy chcesz mnie kochającego i miłosiernego Boga zabić? – krew spływała z ran jego, głos był słodki i smutny.
Lucyfer przybrał postać smoka i szponiastymi łapami uchwycił Chrystusa.
- Tyś tak kochający i miłosierny, otworzył wrota piekieł, by niegodni cię zaznawali nieskończonych mąk. Giń o miłosierny.
Rozorał ciało zębami, rozerwał na strzępy i rzucił w powietrze tam zespoliło się, przybrało postać białego gołębia. Lucyfer smagnął biczem, ten oplótł boską emanację i wżarł się w nią głęboko.
Bóg upokorzony przychylony do ziemi czekał na cios śmierci. Szatan trzymał go w pozycji, dogodnej do odcięcia głowy. Zerwał prawdziwą Pieczęć i założył na swą szyję. Jahwe dyszał ciężko. Lucyfer wzniósł bicz do ciosu. Jego rękę powstrzymało wspomnienie słów Buddy – Ty i Jahwe jesteście dwiema stronami tego samego medalu. Jesteście podzielonym bogiem, który śni. Jeśli zabijesz Jahwe, lub on ciebie. Prawdziwy Bóg przebudzi się, a wtedy zniknie wszystko to, co znasz. Czy chcesz tego?
-Niechaj się zatem będzie, co ma być – szepnął Lucyfer do siebie i po chwili wahania zdarł Koronę Stworzenia z głowy pokonanego. Następnie rzekł do na wpół przytomnego.
– Teraz ja jestem Bogiem, a ty Szatanem.
A archanioł Gabriel uklęknął przed nim na jedno kolano i krzyknął
– Niech żyje Bóg! - Zgromadzeni na równinie wojownicy, żołnierze, aniołowie i demony a także bogowie zawtórowali mu. Las ostrzy wzniósł się w jaśniejące wiecznym światłem niebo.
W wiecznym mroku Sheolu dwaj serafini przybijają Jahwe do obelisku. Ten krzyczy i wije się. Lucyfer upaja się jego bólem, a Gabriel z niesmakiem patrzy na to wszystko.
- Cierp, jak ja cierpiałem – szeptał nowy Bóg – Doświadcz tego wszystkiego, co ja doświadczyłem. Ta kara jest gorsza od śmierci. Wiem coś o tym.
Gdy serafini skończyli swa robotę, Lucyfer smagnął bezbronne ciało biczem ognistym.
- To na odchodne – powiedział. – Abyś miał, co wspominać.
٭
Niosący Światło stanął przed postumentem w katedrze, posągu już nie było. Lucyfer wszedł na podwyższenie, pośrodku leżał jakże znajomy kształt. Podbiegł do Lilith, odwrócił ją do siebie, miała zamknięte oczy, włosy w nieładzie rozrzucone. Wziął na ręce, leciała bezwładnie. Czuł, że żyje, jednak , powoli wracała do niego z otchłani klątwy. W końcu objęła go za szyję. Pocałował ją, otworzyła piwne oczy i uśmiechnęła się słabo, była taka lekka, słaba. Postawił ją na nogi, odgarnął włosy z czoła i tulił do siebie. Nie był w stanie nic rzec, a i Lilith nie miała jeszcze dość sił, aby cokolwiek powiedzieć, patrzyła tylko zakochanym wzrokiem w swego boga.
Cierń zanucił radosną melodię i szepnął do siebie – Mój Pan, już nie będzie na wieczność samotny.
٭
Jahwe z Michałem i Gabrielem, uważnie obserwują śniącego Lucyfera. Sheol przeraża archaniołów. Sami nie potrafiliby wrócić do znanych sobie światów. Tylko Jahwe zna drogę. A ten wielce strapiony zamyślił się.
- Panie mój. W światach narasta niepokój - zebrał się na odwagę Michał – Jego sny przenikają wymiary. Zwolennicy znajdą wreszcie drogę do tego miejsca. On ich przyciąga. Wrasta w moc, choć nie wiem jak to możliwe. Przecież to miejsce ma odizolować od wszelkich źródeł energii. A jednak wzrasta w moc. Zatruwa umysły. Zabij go!
Bóg nie odpowiedział, otrząsnął się z wizji – Myślisz, że nie chciałem, że nie próbowałem. Jest w nim miłość do Lilith i to trzyma go przy życiu, to jest tak potężne, że nie potrafię go unicestwić. – pomyślał patrząc na archaniołów.
Jahwe czuł lęk, kiedyś Lucyfer uwolni się a wtedy zadrżą w posadach światy i tron Sapony zachwieje się.
Gabriel poruszył się w mroku i szepnął – Nadejdzie dzień buntu, a upodlony podniesie się.
Bóg spojrzał na niego. – Jest niepewny – myślał. - Zdradzi mnie. Ale teraz jest przydatny. Poza tym jak go zabić, bez wszczynania buntu w podległych mu zastępach. Po czym rzekł – Gabrielu przygotuj wszystko na przyjęcie Allacha, niedługo do nas zawita. Musimy go godnie przywitać. Michale, nie zapomnij po powrocie zintensyfikować klonowanie aniołów bojowych. Należy też unowocześnić nasz arsenał.
Po czym odeszli. Lucyfer został sam, a z nim jego sny.
1998 – 2002
unimatryca2009
środa, 8 kwietnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz